Turystom obserwującym mieszkańców Fryzji rzuca się w oczy przede wszystkim ich przywiązanie do małej ojczyzny, niemal graniczące z szowinizmem. Na każdym kroku podkreślają, że są odrębnym narodem, a ich językiem mówi około 300.000 mieszkańców. Więc można powiedzieć, że trochę są podobni do Ślązaków. I właśnie we Fryzji, konkretnie w Heerenveen oglądałem w sobotni wieczór mecz Eredivisie pomiędzy gospodarzami a ADO Den Haag, czyli gośćmi ze stolicy. Chciałem się więc podzielić spostrzeżeniami z tego wydarzenia.
Jakież zdziwienie spotkało mnie na początku, gdyż przed meczem orkiestra dęta (zresztą fantastyczna) najpierw zagrała kilkanaście minut standardów muzyki rozrywkowej, ze szczególnym uwzględnieniem Beatlesów. Potem spiker powiedział coś po fryzyjsku, wszyscy obecni na stadionie, w liczbie 26.000 widzów, powstali i rzeczona orkiestra zagrała hymn fryzyjski!!! Nie holenderski, a fryzyjski!!! Wyobrażacie to sobie Państwo, że przed meczem Ruchu gra się hymn śląski? Cóż to by była za afera! Tam jednak nikomu to nie przeszkadza!
Mecz jak mecz, w pierwszej połowie generalnie poziom jak w polskiej T-Mobile Ekstraklasie, z tą różnicą, że było dużo więcej celnych podań i piłkarze nie biegali bez sensu, jak to czasami bywa na naszych boiskach. W końcu gospodarze strzelili gola "do szatni" i schodzili na przerwę przy stanie 1:0. Druga połowa natomiast to zupełnie inna bajka. Szybka gra z obydwu stron, sytuacje podbramkowe, 3 gole (wszystkie dla Heerenveen) i dwa rzuty karne!
A propos karnych. Poziom sędziowania w tym spotkaniu stał na najwyższym poziomie. Sędzia był absolutnie pewien swoich decyzji, imponował spokojem i opanowaniem, pokazywał niejednokrotnie, że z nim się nie dyskutuje. Dwa karne? Proszę bardzo: pierwszy po błędzie stopera gości, piłkę odebrał mu skrzydłowy gospodarzy i kiedy wychodził sam na sam z bramkarzem został zahaczony z tyłu, ale ponieważ od razu się nie przewrócił tylko starał się strzelić gola, sędzia gry nie przerwał. Dopiero kiedy było wiadomo, że nic z tego nie będzie cofnął akcję, wskazał na "11" oraz ukarał czerwoną kartką obrońcę Den Haag. W tym momencie, nieliczny jak na nasze warunki "młyn" na znaną w Chorzowie melodię (u nas to było Bizak, Bizak, Bizak gol), zaintonowali Basi, Basi, Basi gol, a Basi czyli Bas Dost strzelił pierwszą z trzech, jak się później okazało, bramek.
Drugi karny być może trochę aptekarski, ale widać było, że wychodzący do główki w polu karnym napastnik Heerenveen jest szarpany za koszulkę przez przeciwnika. Więc arbiter bez namysłu wskazał po raz drugi na "wapno" i niezawodny Bas Dost powtórzył swój wyczyn. Nikt pretensji do sędziego nie miał, nikt nie pyskował, po prostu sędzia był w tym spotkaniu autorytetem!
A u nas? Wisła dzięki sędziemu wygrywa mecz z Jagą, no więc Jagiellonii trzeba te punkty oddać w meczu z Bełchatowem. Górnik dzięki sędziemu remisuje z Polonią, a skoro się nie udało oddać im punktów z Niebieskimi, no to trzeba to zrobić w meczu z Jagiellonią. Skoro Polonia straciła 2 punkty u siebie z Górnikiem, no to trzeba przekręcić inny śląski klub, nie widząc jak w momencie podania Sultes jest na spalonym. No więc okazuje się, że piłka nożna nie jest dla kibiców, tylko dla tej bandy nieudaczników, których nie wiadomo dlaczego nazywa się: rozjemcami, arbitrami czy sędziami. Oczywiście nie mam tu na myśli wszystkich, ale ogromną ich część! Nic już więcej w tym temacie, bo raz na Wydziale Dyscypliny już byłem. Zresztą wszyscy ci o których mówiłem w pamiętnym meczu albo są albo przynajmniej byli we Wrocławiu. Kto miał więc rację, Panowie? Może jakieś przepraszam przynajmniej?
Ale wrócę jeszcze na chwilę do Fryzji. Co do kibiców-szalikowców, repertuar mają bardzo bogaty od pieśni znanych na naszych stadionach, po nawet arie operetkowe, ale liczba osób w młynie bardzo niewielka, to też niezbyt głośna. Reszta to tzw. pikniki, ale kiedy trzeba to również włączają się w doping. Generalnie atmosfera zabawy, święta rodzinnego, bo dużo rodzin na trybunach. No i stadion fajny, bo zadaszony lekką konstrukcją, niespecjalnie efektowny jak nasze cuda na Euro, ale funkcjonalny, kameralny (chociaż mieści 26.800 widzów), przyjemny i właśnie takiego nam w Chorzowie trzeba!
Z Niebieskim pozdrowieniem,
Bogdan Kalus
P.S. Po meczu oczywiście tradycyjne fryzyjskie piwo ze znajomymi, których znałem i których nie znałem, ale których bardzo serdecznie pozdrawiam!