W poniedziałkowym spotkaniu Ruchu z Polonią, w barwach gości zagrało trzech piłkarzy, którzy szatnię i boisko przy Cichej znają doskonale. Mowa o Marcinie Baszczyńskim, Tomaszu Brzyskim i Macieju Sadloku.
To właśnie "Sadloczek" opuścił Chorzów jako ostatni z tego tercetu. I jako jedyny, zarówno przed spotkaniem, jak i po nim, nie omieszkał wrócić pamięcią do pobytu w Ruchu.
Sadlok przy Cichej pojawił się w 2006 roku. Stopniowo przebijał się do pierwszego składu zespołu. Początkowo ustawiany był w drugiej linii, ale ostatecznie znalazł swoje miejsce w defensywie - na jej środku, lub lewym boku. Po czterech latach spędzonych na Śląsku przeprowadził się do stolicy. W tym czasie zagrał w niebieskich barwach w 68 meczach ligowych, zadebiutował też w europejskich pucharach i kadrze narodowej. - Co tu kryć, serce bije mocniej, gdy się tu wraca - uśmiechał się zawodnik, stojąc po końcowym gwizdku w tunelu prowadzącym do szatni, otoczony wianuszkiem dziennikarzy. - Drużyna Ruchu bardzo dobrze czuje się na tym stadionie, coś o tym wiem. I dla każdej drużyny, która tu przyjeżdża, jest to piekielnie trudny teren - zapewniał.
Sam mecz Sadlok ocenił jako zacięty i pełen walki. - Może i nie był piękny dla oka, ale w naszej sytuacji chodziło przede wszystkim o zwycięstwo. Nikt nie dał by nam punktów za styl - stwierdził. Dodał też, że trudno mu ocenić kontrowersyjną sytuację z pierwszej połowy, kiedy Łukasz Janoszka starł się w polu karnym Polonii z Marcinem Baszczyńskim. - Stałem blisko i widziałem, że się zakotłowało, ale i tak niewiele widziałem, bo byłem zasłonięty przez dwóch kolegów. Tak więc trudno mi się wypowiadać - zakończył Sadlok.
źródło: Niebiescy.pl