Kibice Ruchu nieczęsto mają okazję do oglądania bramek strzelonych z rzutu wolnego w wykonaniu swoich piłkarzy. W meczu z ŁKS-em Łomża niewiele brakowało, by wreszcie uczynił to
Ireneusz Adamski, który oddał dwa znakomite strzały. - Szkoda, że uderzyłem niecelnie. Niestety, ze strzałów w słupki i spojenia nie ma bramek - smucił się po meczu "Adams", z którym rozmawialiśmy nie tylko o piłce nożnej.
- Mecz z Miedzią nie ułożył się zbyt dobrze, ale w drugiej połowie byliście już zdecydowanie lepsi. W piątek, po raz pierwszy od dłuższego czasu udało się Wam strzelić bramkę w pierwszych trzydziestu minutach, lecz za to później było już gorzej. Skąd taka przewrotność?
Ireneusz Adamski: - W Legnicy cały czas przeważaliśmy. Zdarzył się niefortunny stały fragment gry i do szatni schodziliśmy przegrywając 1:0. W drugiej połowie postawiliśmy wszystko na jedną kartę, bo jechaliśmy tam po trzy punkty. W meczu z Łomżą prowadziliśmy od 30. minuty. Druga połowa nie była zła. Nie oddaliśmy rywalowi inicjatywy. Wydaje mi się, że kontrolowaliśmy wszystko, a ŁKS nie miał żadnych sytuacji bramkowych. Stworzyliśmy sobie dwie, trzy stuprocentowe okazje. Wydaje mi się, że w dobrym kierunku idziemy, ale brakuje postawienia "kropki nad i". Dla nas i dla kibiców większą radość sprawiłoby wyższe i efektowniejsze zwycięstwo. Jednak w tym momencie, w których jesteśmy ważne, że dopisujemy sobie trzy punkty.
- W meczu z Łomżą dwa razy uderzyłeś z rzutu wolnego i trafiłeś najpierw w słupek, a później w spojenie. Od momentu przyjścia do Ruchu bardzo rzadko podchodziłeś do piłki. Dlaczego?
- Na początku nie czułem się jakoś na siłach, żeby wykonywać stałe fragmenty. Dlatego trener tego u mnie nie zauważył. Później zacząłem nad tym ćwiczyć, zostając po treningach. Jak widać z dobrym skutkiem, bo trener wyznaczył mnie do rzutów wolnych. Szkoda, że uderzyłem niecelnie. Niestety, ze strzałów w słupki i spojenia nie ma bramek. Trochę się smucę, ale najważniejsze zwycięstwo.
- Jeśli w kolejnym meczu pojawi się okazja do strzału z rzutu wolnego, podejdziesz do piłki?
- Jeżeli dostanę taką szansę to na pewno. Myślę, że w meczu z Łomżą całkiem nieźle mi to wychodziło. Mam nadzieję, że w kolejnych też tak będzie. Nie jest to łatwa sprawa. Jednak, jeśli się to trenuje i powtarza, może wychodzić to z jeszcze lepszym skutkiem.
- Długo nie było w Ruchu piłkarza, który potrafiłby tak dobrze uderzyć piłkę.
- Piotrek Ćwielong i Tomek Sokołowski też potrafią świetnie strzelić. Z Łomżą chyba tylko "Pepe" raz podszedł do piłki. Obaj nie mieli jednak szansy wykazać się swoimi umiejętnościami. Mi się ułożyły dwa z lewej strony, podszedłem, ale niestety strzeliłem niecelnie.
- Pamiętasz ostatnią swoją bramkę strzeloną z wolnego?
- (chwila zastanowienia) Nie pamiętam. Bardziej strzelałem głową po stałych fragmentach gry, egzekwowanych przez moich kolegów z drużyny. Wykonywałem także rzuty karne, jeszcze w Polkowicach. Ciężko mi sobie przypomnieć, tak na gorąco po meczu, bramkę z wolnego.
- Może już w następnym meczu? Mówi się, że do trzech razy sztuka...
- Bardzo bym chciał strzelić w Ruchu bramkę. Tak samo zależy mi na dobrych występach, żeby kibice byli zadowoleni z mojej postawy. Marzę o tym, żeby wygrywać i wywalczyć awans do pierwszej ligi. Ze Śląskiem i Polkowicami to zrobiłem i naprawdę jest to bardzo miłe uczucie.
- Jak spędziłeś początek maja?
- Tylko w niedzielę, po powrocie z Legnicy mieliśmy wolne. Od poniedziałku już normalne treningi, bo wiadomo, że w piątek już graliśmy. Mieszkam blisko parku chorzowskiego, tak że wychodziliśmy sobie z dziećmi na spacerki. Na pewno fajnie, bo pogoda dopisała. Jakiegoś dłuższego wolnego nie mieliśmy, żeby móc jakiegoś grilla zrobić. Czas na to będzie po zakończeniu sezonu.