Za tym dość egzotycznym tytułem nie kryje się żaden australijski piłkarz, a jedna z legend Ruchu Chorzów - Eugeniusz Lerch. Urodził się 15 lutego 1939 roku w Chorzowie. Mimo słabych warunków fizycznych (169 cm wzrostu i 69 kg wagi) okazał się znakomitym, niezwykle ruchliwym i sprytnym napastnikiem. Swoje najwspanialsze lata kariery poświęcił drużynie "Niebieskich" (zdobył Mistrzostwo Polski w 1960 roku). Był etatowym graczem Ruchu w latach 1950-67. Popularny "Elek" zabierze nas dziś w sentymentalną podróż do czasów, kiedy sam był wyborowym strzelcem i postrachem ligowych bramkarzy.
- Tą liczbę 106 zapamięta Pan do końca życia...
- Oczywiście (śmiech). Tyle goli ustrzeliłem w Ekstraklasie. W Ruchu Chorzów 85 a w barwach ROW-u Rybnik 21.
- Jakie to uczucie należeć do elitarnego towarzystwa, jakim jest tzw. "Klub 100"?
- Jest to duża satysfakcja. Strzelić 100 bramek to jednak wyczyn. Ktoś może zarzucić, że wtedy grano się inaczej, bo w systemie 1-3-25, czyli bez obrony. To nie było tak do końca. Para łączników również była odpowiedzialna za grę w defensywie. Podobnie jak skrzydłowi. Tak, więc maksymalnie graliśmy trzema napastnikami. A jako, że w Ruchu mieliśmy bardzo szybkich - Fabra i Poloka, strzelanie goli przychodziło łatwiej. Poza tym zwrotność no i trochę intuicji też trzeba mieć. Myślę, że chociaż dawniej gra była wolniejsza to, zawodnicy z tamtego okresu poradziliby sobie również w obecnych systemach.
- Na kim wzorował się młody Gienek?
- Dla mnie ideałem był Alfredo Di Stefano. Nie Pele, nie Maradona, lecz właśnie Di Stefano. Był prekursorem takiej nowoczesnej gry oraz wielkim strategiem. Miałem okazję oglądać go na Stadionie Śląskim, kiedy nasza reprezentacja mierzyła się z Hiszpanią. Również Gerard Cieślik. To, co on robił, próbowałem naśladować. Porównywano mnie, powiem nieskromnie do Ernesta Wilimowskiego, co również było duża nobilitacją, bowiem jego wielkim fanem był mój ojciec. Zawsze chciał, abym grał jak "Ezi".
- Pan również grał w jednej drużynie z legendarnym Cieślikiem...
- Wielu zawodników zasłużyło na poszanowanie, ale jedynie Gerard jest jak Pan to ujął prawdziwą legendą. On trenował mnie już w trampkarzach. Później tworzyliśmy doskonały duet Cieślik-Lerch. O mało, co byśmy w reprezentacji wspólnie nie wystąpili. Był piłkarzem skromnym - jak na prawdziwego Ślązaka przystało. Świetna gra nie była jego jedyną zaletą. Potrafił również trafnie przekazać młodym chłopcom wizję gry. Był słynnym zawodnikiem i jednocześnie prowadził trampkarzy. Tych chłopców ciągnęło do jego osoby. Byli pod ogromnym wrażeniem, że ich idol może być również ich trenerem. Moim zdaniem, za szybko skończył karierę. Miał 32 lata, był na topie i myślę, że kilka sezonów mógł pograć na wysokim poziomie.
- Tak bramkostrzelny napastnik jak Pan nie zagrał ani minuty w reprezentacji Polski. Dlaczego?
- Powiem tak. W kadrze grałem, tylko nie w reprezentacji. No trudno mi powiedzieć, czemu tak się stało. Zawsze był ktoś inny: Hachorek, Norkowski i inni. Konkurencja była dosyć duża. Ja byłem środkowym napastnikiem, do tego niezbyt wysokim. A do reprezentacji brali wtedy głównie takich typowych wysokich napastników tzw. "center forward". Moim zdaniem wzrost nie gra jednak roli. Jeśli jesteś szybszy, zwinniejszy to wyprzedzisz wysokiego.
- Który mecz najbardziej zapadł Panu w pamięć?
- Odpowiem może przekornie i paradoksalnie. Siedziałem na ławce rezerwowych w meczu ze Związkiem Radzieckim na Stadionie X-lecia. Polska wygrała to spotkanie 1:0, a bramkę zdobył Ernest Pol z rzutu karnego. Bardzo chciałem w tym spotkaniu zagrać. Tak wspaniała atmosfera, stadion pełny - zjawisko nie do opisania. Niestety trener Koncewicz nie wpuścił mnie na boisko. Debiutowali wtedy Kazimierz Polok i Stasiu Oślizło. Ja miałem wejść na boisko, ale selekcjoner zadecydował, że wystąpi Erwin Wilczek. Zresztą mój serdeczny przyjaciel. A z meczów, w których już wystąpiłem to oczywiście potyczka reprezentacji młodzieżowej. Cottbus. Mecz z NRD. Wygraliśmy 3:0, a ja strzeliłem wszystkie trzy bramki. To było wydarzenie jak na tamte czasy.
- O mało, co nie pojechał Pan jednak na Olimpiadę!
- Bardzo chciałem pojechać na Igrzyska do Rzymu, jednak kontuzja przeszkodziła mi w walce o miejsce w zespole. Ten wyjazd był moim wielkim marzeniem, ale niestety nie udało się. Faul decydujący o kontuzji miał miejsce na Legii, gdzie wtedy gra była bardzo brutalna. Nie miałem jednak pretensji do piłkarzy i kibiców ze stolicy. Po zderzeniu z bramkarzem doznałem pęknięcia jelita. Na całe szczęście szybko się wyleczyłem, no, ale na kadrę olimpijską wybrano już innych...
- W klubie było już znacznie lepiej...
- Powiem dość oklepanym zwrotem, że Ruch Chorzów z czasów moich występów to była jedna wielka rodzina. Jeden drugiemu pomagał. Byli to ludzie mocno związani z klubem, miastem i regionem. Na wskutek tej atmosfery, wszyscy, którzy przybyli do klubu, tak jakoś się asymilowali. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Jak już wspomniałem jeden drugiemu pomagał, jeden drugiemu źle nie życzył.
- Można było się wtedy utrzymać z samego grania?
- Były to takie czasy, kiedy po ukończeniu szkoły szło się do pracy w Hucie Batory, czy też na kopalnię. Praca hmm...byłem górnikiem, ale to fikcja była. Chociaż, żeby zadowolić tych wszystkich ludzi, którzy przychodzili na mecze, oczekując zwycięstw, też ciężką pracę trzeba było wykonać.
- Miał Pan możliwość wyjazdu do zagranicznego klubu?
- Tak, bezpośrednio napłynęły oferty. Nikt wcześniej o to nie pytał. Dużo ofert było szczególnie w okresie jak nie pojechaliśmy na tą Olimpiadę. W ramach rekompensaty udaliśmy się na tournee - kadra B z paroma zawodnikami z pierwszej reprezentacji. Były to lata 60’. Wyjechaliśmy do Saarbrucken w Niemczech i do Francji, gdzie zmierzyliśmy się ze świetną ówcześnie ekipą Reims. Moją dobrą grę zauważył tam Juliusz Ukraińczyk - wtedy najbardziej wzięty menadżer. On zaproponował mi grę w Ligue 1. No, ale jak wiadomo, niemożliwym było, żeby wyjechać. Zaskoczę jednak wszystkich (śmiech). Grałem w Australii.
- Futbol na Antypodach, to dość egzotyczny kierunek nawet w dzisiejszym futbolu, może Pan przybliżyć Internautom swoją przygodę w Australii?
- Na zakończenie kariery, PKOL zaproponował, żebym wzmocnił klub polonijny tzw. Polonia Soccer Club. Zespół nazywał się Polonia Melbourne (w latach 1975-1976). Początkowo, wydawało się, że nie będzie łatwo. Na szczęście wszystko zaskoczyło i objąłem posadę tzw. "playing coach", czyli grającego trenera. Najpierw występowałem tam jako zawodnik, później zacząłem pracować jako trener. Osiągnąłem nawet niemałe sukcesy. Wygraliśmy "Ample Cup", tzw. nocne mecze. Grałem również z Benficą Lizbona i Tottenhamem Hotspur towarzyskie spotkania jako reprezentacja stanu Victoria. Po dobrej grze niestety ulegliśmy bardziej renomowanych rywalom. Mogę dodać, że wystąpiłem jako jedyny Polak, a przecież zawodnikami australijskich klubów byli także m.in.: Norbert Gajda, Edmund Zientara i wielu innych znanych graczy rodem z Polski. Do dziś utrzymuję kontakt z przyjaciółmi na Antypodach. Aż chciałoby się tam wrócić...
- Czym zajmował się Pan po zakończeniu kariery?
- W połowie lat 90-tych zostałem asystentem trenera Albina Wiry w Ruchu Chorzów. Były to czasy, kiedy z drużyny odchodzili do Legii m.in. Piotr Mosór i Jacek Bednarz. Byłem również koordynatorem do spraw młodzieży. Graliśmy na Mistrzostwach Polski juniorów w Białymstoku. Ulegliśmy Jagielloni, w której grał Frankowski, Citko, Piekarski i Bogusz. Stoczyliśmy równą walkę. Co prawda ulegliśmy 2:3, ale było to niezapomniane widowisko. Miałem w składzie m.in.: Siemianowskiego, Dziarmagę, Matyska, Grzyba. Oni wszyscy powinni grac tutaj w lidze, a o żadnym poza Wojtkiem Grzybem nikt praktycznie nie słyszał. A ci młodzi z Jagielloni to byli lub są gwiazdami. A teraz przyjeżdżam na kawę do klubowej kawiarenki (śmiech).
- Jest Pan obecny na każdym meczu swojej ukochanej drużyny. Czy to dla niej przełomowy okres?
- Po doskonałej rundzie jesiennej oczekiwania, co do Ruchu Chorzów ogromnie wzrosły. Nagle staliśmy się niepodważalnym kandydatem do awansu, grającym zresztą świetną piłkę. Pewność siebie zgubiła piłkarzy na początku tej rundy. Porażki, słaba gra, jakiś brak wiary. Myślę jednak, że trener Marek Wleciałowski wie jak poukładać drużynę i faktycznie będziemy świętować awans do ekstraklasy. Ruch jest najbardziej utytułowanym klubem piłkarskim w Polsce i jego miejsce jest wśród najlepszych. Zbyt długo byliśmy na zesłaniu. Chłopaki! Skoncentrujcie się, zagrajcie wszystkie spotkania na maksimum możliwości a sukcesy przyjdą...