Gdy zaczął kibicować drużynie "Niebieskich" miał sześć lat. - To były czasy stalinowskie i przez kilka lat Ruch nazywał się Unią. Jednak mój wybór drużyny trudno nazwać postanowieniem. Dziecko 5-, 6-letnie, jeśli ma ojca kibica, to też się zaczyna interesować sportem. I wybiera w tym momencie drużynę, która jest najlepsza. Wtedy mistrzostwo Polski zdobywał Ruch, a idolem wszystkich był Gerard Cieślik. Ja nie mogłem się nie stać kibicem Ruchu - mówi o początkach swojej przygody z Cichą.
Profesor Jan Miodek, jeden z najbardziej znanych sympatyków chorzowskiej drużyny, w rozmowie z dziennikarzem Gazety Wrocławskiej opowiada o swoim zamiłowaniu do Ruchu.
Gdyby urodził się Pan kilka lat później, zostałby Pan kibicem Górnika Zabrze, który zaczął dominować?
- Tak, byłbym kibicem Górnika. Młodsi ode mnie nimi zostali. To we Wrocławiu zabrzmi dziwnie, ale mój synek (rocznik 1976), jak się zaczął interesować sportem, w latach 80., to był czas, kiedy dwa razy Lech Poznań, z Okońskim w składzie, zdobył mistrzostwo Polski. Mój syn oczywiście przejmuje się losami Śląska Wrocław, ale jest kibicem Lecha.
A Pański ojciec też był kibicem Ruchu?
- On nie miał ukochanej drużyny. Oczywiście Cieślika uwielbiał, chociaż mówił: "Janek, ja ci miłości do Cieślika nie odbieram, ale pamiętaj, że prawdziwym geniuszem piłkarskim to był Ernest Wilimowski, który zimą zakładał... łyżwy i grał w hokeja w Dębie Katowice".
Chyba każdy z nas najlepsze wspomnienia ma związane z latami wczesnej młodości.
- Tak. Kiedy tak słucham, że Zbigniew Boniek, że Grzegorz Lato, mówię: nie! Piłkarzem wszech czasów jest Cieślik!
Kiedy po raz pierwszy obejrzał Pan mecz na stadionie Ruchu, przy ul. Cichej?
- W 1954 roku. To było przeżycie nie z tej ziemi. Tata szarpnął się i zafundował mi miejsce na trybunie, a to był wtedy pieniądz. Jak mi ten tłum 30 tysięcy kibiców ryknął, to te ciarki na plecach czuję do dziś. Pamiętam żółtą piłkę, i bramkę, którą zdobył piękną główką Henryk Alszer, po dośrodkowaniu Cieślika. Ruch wygrał wtedy z Legią 1:0. Widzę do dziś ten czarny trykot broniącego w Legii Edwarda Szymkowiaka, żółty sweter i czerwone spodenki Ryszarda Wyrobka, który stał w bramce Ruchu. Ale cały czas patrzyłem tylko, gdzie Cieślik. No, on był Bogiem dla nas.
A ostatnia Pańska wizyta przy Cichej?
- To było, kiedy nasz PZPN wymyślił rozgrywki grupowe w 2001 roku. Siedziałem wtedy obok Gerarda Cieślika. Spiker meczu i kibice ciepło mnie przywitali, bo wiedzą, że jestem zwariowanym kibicem Ruchu. Ale Ruch poniósł sromotną klęskę i przegrał z Legią 0:4. Mnie się ten wynik przyśnił w noc poprzedzającą mecz! Do przerwy było 0:2 i poszliśmy na kawę. Pan Gerard mówi: "może wyrównomy?". Ja mówię: "nie wyrównocie. Jeszcze dwie bramki Legia strzeli, bo mi się to wyśniło". I niestety, sprawdziło się.
W 1963 roku zaczął Pan studiować we Wrocławiu. Czy zaczął Pan interesować się Śląskiem?
- Ależ oczywiście. Na mecze Śląska chodziłem regularnie. Kiedy w 1976 roku zostałem ojcem, to brałem na mecze syna Marcina i ani razu żona nie stuknęła się w czoło i nie powiedziała: "co ty robisz? Chcesz, żeby dziecko dostało butelką?". Już było gorzej, jeśli chodzi o kulturę języka. Było więcej wulgarności na trybunach, ale jeszcze nie było niebezpieczeństwa. Przypuszczam, że mój syn ze swoim synkiem, a moim wnuczkiem, na mecz nie odważy się pójść. I to jest mój największy kibicowski ból. Co to się porobiło?! Nie chcę idealizować swojej młodości, ale proszę mi wierzyć, że szczytem chamstwa był okrzyk: "sędzia kanarki doić" albo "sędzia kalosz". Kiedy o tym opowiadam dzieciom w szkołach, patrzą na mnie trochę pogardliwie i mówią: "to co wy byliście za kibice? Prawdziwy kibic nienawidzi". To jest bardzo przykre. I teraz na mecze już nie chodzę.
A przyjdzie Pan na nowy stadion, który powstaje we Wrocławiu na Euro?
- No, mówi się, że Poznań, który ma nowy stadion, wraca do tych dawnych nastrojów, są tłumy. Można by mniemać, że ładne miejsce generuje ładne zachowania obyczajowe. No więc, dałby Bóg. Ja bym naprawdę chciał jeszcze wrócić na stadiony piłkarskie. Pójść z wnuczkiem na mecz.
Rozmawiał: Paweł Pluta (Gazeta Wrocławska)