Choć ogólny wyjazd na mecz Bayer - Atletico nie był organizowany, to nasi hiszpańscy przyjaciele mogli liczyć w Leverkusen na wsparcie
40 fanów Ruchu, którzy postanowili wybrać się na własną rękę. Zapraszamy do przeczytania relacji z tej wyprawy, przygotowanej przez jednego z jej uczestników.
Kiedy Ekstraklasa odwołała ostatnią kolejkę naszej ligi, która przewidziana była na początek grudnia, my wiedzieliśmy, że mecz z Jagiellonią nie był naszym ostatnim w tym roku. Czekał nas jeszcze od dawna planowany wyjazd do Niemiec na spotkanie Atletico z Bayerem...
Atletico dopingowaliśmy już w tym roku m.in. w trzech pucharowych finałach i chcieliśmy mocnym akcentem zakończyć rok kalendarzowy. Decyzję o wyjeździe podjęliśmy w sierpniu bezpośrednio po losowaniu grup Ligi Europejskiej, a bilety na samolot zakupiliśmy już we wrześniu. Później pozostało nam tylko czekać do grudnia...
W dniu meczu w łącznie 40 osób (w tym grupa z Górnego Śląska i silna delegacja Fan Clubu Deutschland) stawiliśmy się w Leverkusen. W drodze na stadion nie obyło się bez małych przygód, gdyż "Aptekarze" pałali chęcią rewanżu za niedawną wyprawę do Madrytu, gdzie umiłowanie piwa kosztowało ich stratę kilku flag na rzecz Atletico. Ich napinka okazała się jednak śmiechu warta i szybko wycofali się "na z góry upatrzone pozycje", skąd próbowali już jedynie zaczepek śnieżkami. To, co dla nas okazało się błahostką, o wiele większe poruszenie wywołało wśród policji, ale o tym później.
Niestety mimo słabej frekwencji kibiców Atletico (około 150 osób), a tym samym wielu wolnych miejsc w sektorze gości, nie udało nam się zasiąść razem. Niemiecki ordnung, czyli porządek, wziął górę i mimo długich negocjacji z ochroną wszyscy musieli zasiąść na sektorach, na które mieli bilety (tym razem nie udało się otrzymać wejściówek do "klatki"). Na szczęście w większości były to miejsca bezpośrednio przylegające do sektora Atletico.
Ze sportowego punktu widzenia Atletico, żeby myśleć o przedłużeniu tegorocznej pucharowej przygody musiało wygrać i nasłuchiwać wieści z Salonik, gdzie Aris nie mógł pokonać Rosenborga Trondheim.
Od strony kibicowskiej jechaliśmy na mecz z nadzieją kolejnej dobrej, wspólnej zabawy. Niestety warunki atmosferyczne przełożyły się chyba na frekwencję fanów z Hiszpanii, do tego doszło rozbicie wszystkich sympatyków Atletico na kilku sektorach (również fan cluby Rojiblancos z Niemiec i Szkocji siedziały osobno), co w sumie spowodowało dosyć słaby doping. Ponadto grupa Frente Atletico dotarła na stadion dopiero pod koniec pierwszej połowy.
Mimo przeciwności losu postanowiliśmy się jednak dobrze bawić. Podejmowaliśmy różne próby, począwszy od najprostszego "Aleeetic, Aleeetic...", poprzez serię pieśni typowo chorzowskich aż po... "ciuchcię". Ta spotkała się z żywym zainteresowaniem niemieckich kibiców, jak i... służb porządkowych. Wraz z kolejnymi centymetrami padającego śniegu coraz bardziej opadał entuzjazm zarówno nasz, jak i Hiszpanów. Przyczynił się do tego również przebieg wydarzeń na boiskach w Leverkusen i w Salonikach. Także fani Bayeru ani nie zdopingowali nas do bardziej żywiołowej postawy, ani nie zachwycili swoim dopingiem. Nasza "Dziesiona" na przeciętnym meczu wznosi się na wyższy poziom.
Wyniki meczów Atletico z Leverkusen (1:1) oraz Arisu z Rosenborgiem (2:0) spowodowały, że na kolejną pucharową przygodę będziemy musieli poczekać przynajmniej do przyszłego sezonu.
Mocno zmarznięci liczyliśmy po meczu na szybkie rozejście się, ale jak wcześniej wspominaliśmy, miejscowe służby były mocno przewrażliwione... Najwcześniej udało się opuścić okolice stadionu tym, którzy wracali pociągami, czyli głównie FCD. Grupa "polska", która nocowała w Leverkusen była przytrzymana wyjątkowo długo, żeby na koniec zostać odprowadzona przez policję pod sam hotel. Przysporzyło nam to dużo śmiechu, gdyż na jednego z nas przypadał jeden "anioł stróż", plus do tego eskorta radiowozu.
Do domu wracaliśmy dopiero wieczorem następnego dnia z Dortmundu, co pozwoliło nam zwiedzić stadion Borussii - Signal Iduna Park oraz klubowe muzeum. Obiekt nawet pusty zrobił na nas duże wrażenie, szczególnie mocno pionowo idąca trybuna za bramką, z ewenementem przy dzisiejszych systemach bezpieczeństwa, czyli miejscami stojącymi!
W muzeum odnaleźliśmy ślady po pucharowej rywalizacji z Borussią naszych przyjaciół z Widzewa Łódź. Na obu obiektach zostawiliśmy po sobie parę pamiątek w postaci vlepek oraz zapisów w księgach gości. Ta ostatnia istnieje nawet w dwóch wymiarach, tradycyjnym książkowym i multimedialnym. W niej zamieściliśmy nawet śpiewający wpis. Gdyby ktoś miał okazję zwiedzić to muzeum, niech w wyszukiwarce wpisze "szczewa" - gorąco polecamy ;)
W piątek późnym wieczorem szczęśliwie wróciliśmy na Górny Śląsk, przed zimowym paraliżem europejskich lotnisk. Oby do wiosny!
Jerry
źródło: Niebiescy.pl