Niedzielny mecz Ruchu z Lechem nie należał do najspokojniejszych. Pierwsze incydenty miały miejsce już kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania, gdy na stadionie pojawili się fani "Kolejorza". Dlaczego do nich doszło?
- Kibice Lecha w liczbie 893 - według listy dostarczonej do Chorzowa - mieli przybyć ok. 15.20. Okazało się, że do stacji Chorzów Batory dotarli już około 14.00. Pół godziny później zjawili się przy Cichej. Niestety, policja nas o tym nie poinformowała. Nawet kierownik ds. bezpieczeństwa Lecha nic nie wiedział. Zawiodła komunikacja policji z organizatorem - mówi w rozmowie z dziennikiem "Sport" Krzysztof Hermanowicz, kierownik ds. bezpieczeństwa Ruchu. - Po wyłamaniu bramy poznaniacy wtargnęli samowolnie na sektor. Służby porządkowe starały się ich wyprowadzić w buforowe miejsce, gdzie powinni czekać na otwarcie bram. Doszło do starć. Goście zostali wycofani poza bramę. Tam miała nastąpić identyfikacja, bez której nie możemy nikogo wpuścić na stadion. Przyjezdni odmówili poddania się weryfikacji i zostali odprowadzeni przez policję na dworzec - tłumaczy. Funkcjonariusze postanowili prowadzić poznaniaków na pociąg... pod kasami kibiców Ruchu. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Chwilę później za trybuną "prostą" doszło do kilkunastominutowych zamieszek z ochroną.
Delegatem na to spotkanie był Waldemar Podsiadło, który przygotował raport z niedzielnych wydarzeń. Sprawą zajmie się Komisja Ligi Ekstraklasy SA, która pewnie nałoży na kluby kary, a nie będą one niskie.
Swojego od "Kolejorza" domagać się będzie także Ruch. - Ponieśliśmy straty, które muszą być pokryte. Została zniszczona brama oraz 21 krzesełek - mówi Hermanowicz.
źródło: Sport / Niebiescy.pl