Na Cichej trwają konsultacje z kibicami, którzy, zaniepokojeni słabą formą drużyny i organizacją klubu, protestowali podczas ostatniego meczu z Koroną Kielce. Janusz Paterman, członek rady nadzorczej Ruchu, podkreśla w wywiadze dla "Gazety", że sympatycy Ruchu otworzyli mu oczy na wiele problemów.
Jakie wrażenia po spotkaniach z kibicami?
Janusz Paterman: - Pozytywne. Obawiałem się, że przyjdzie grupa rozżalonych osób - dużo pretensji, mało argumentów. Tymczasem zobaczyłem oddanych klubowi, zatroskanych ludzi. Patrzyłem w ich twarze i widziałem... swoje oczy, które spoglądają na mnie każdego ranka przy goleniu. W nich też jest troska. Chcemy tego samego - silnego klubu.
Na razie Ruch jest raczej skłócony. Pan wydaje się osobą, która stoi pomiędzy Mariuszem Klimkiem a Dariuszem Smagorowiczem. Jak jest naprawdę?
- Nie jestem po żadnej stronie, a jeżeli już, to po stronie normalnego klubu. Uważam, że taki można zbudować dzięki zaangażowaniu takich ludzi jak Smagorowicz i Klimek. Jest nas za mało, by jeszcze kogoś stracić. Tylko ten co nic nie robi, nie popełnia błędów. Wszystko można jeszcze naprawić. Jeszcze może zapanować zgoda.
Klimek chce nadzwyczajnego walnego zgromadzenia spółki, zarząd klubu się nie zgadza. Kto ma rację?
- Poczekajmy z walnym do czasu, aż opadną emocje. Dziś walne mogłoby je tylko zagotować. Jestem przeciwny zmianom tylko dla zmiany.
Kibice zarzucają działaczom, że zmarnowali kapitał poprzedniego sezonu, który Ruch zakończył na trzecim miejscu w lidze. Podpisuje się Pan pod tym?
- Zgadzam się. Powodów jest wiele. Moim zdaniem zaczęło się od akcji koszulkowej - protestu piłkarzy, którzy wyszli na ostatni mecz w strojach z napisem, który piętnował złą - ich zdaniem - organizację klubu. Tym samym wpisali się w nurt, który stawiał Ruch w gronie najgorzej zarządzanych klubów ekstraklasy. To oczywiście było nieprawdą, ale wielu komentatorom mówienie o tym, że toniemy w długach, przychodziło nadzwyczaj łatwo. Każda wypowiedź o Ruchu zaczynała się od słów: "Pomimo problemów finansowych...". Już nie mogłem tego słuchać. Sponsorzy pewnie także, dlatego woleli nas omijać.
A ludzie, którzy zarządzają klubem, błędów nie popełnili?
- Ciężko pracować w atmosferze, gdy nawet sukces jest nazywany porażką czy przypadkiem. Wiem, że kibice już nie chcą tego słuchać, ale naszym problemem wciąż są długi, które odziedziczyliśmy po stowarzyszeniu. Zamiast pompować gotówkę w klub, płacimy rachunki innych.
Ile Pan pożyczył klubowi, żeby stanął na nogi?
- Cztery miliony złotych. Zrobiłem to w chwili, gdy nie było już znikąd pomocy. Podczas spotkania z kibicami usłyszałem, że pewnie dobrze zarobiłem na procencie. Poczułem się wtedy, jakby ktoś mi napluł w twarz! Zarobiłem dokładnie 1150 złotych. Nie chciałem nic, ale to byłoby niezgodne z ordynacją podatkową. Zaryzykowałem własne pieniądze, nie będąc nawet udziałowcem klubu. Gdyby nie ta pożyczka, klub pewnie nie dostałby licencji na grę w ekstraklasie. Proszę mi wierzyć - w pożyczkach nie ma nic złego. Największe europejskie kluby mają otwarte linie kredytowe. Banki są najlepszym wspólnikiem, ale w tamtej chwili Ruch był za słaby, by mógł liczyć na ich pomoc.
Całe lato był Pan w gronie osób, które powtarzały, że Ruch nie będzie sprzedawał piłkarzy. Potem odeszli Andrzej Niedzielan, Artur Sobiech, sprzedaliście Macieja Sadloka. Po co były te deklaracje? Nie lepiej było siedzieć cicho?
- Powtarzałem, że najlepsi nie są na sprzedaż, bo tak czułem i myślałem. Z czasem okazało się jednak, że rynek dyktuje takie warunki, że na pewnych piłkarzy nas po prostu nie stać.
Myślę podobnie jak kibice - też nie chcę drużyny na środek tabeli. Gdy pojawiłem się na Cichej, to pierwszy głośno mówiłem: Walczymy o mistrza! Nadal tego chcę.
Kibice pytają, gdzie są miliony, które zarobiliście na transferach czy starcie w eliminacjach Ligi Europejskiej?
- To nasz wielki błąd, że ich wątpliwości tak długo pozostawały bez odpowiedzi. Pieniądze za start w europejskich pucharach są, ale zostaną wypłacone przez UEFA dopiero w marcu. Zyski transferowe również są opodatkowane, obłożone ZUS-em. Znowu musiałbym także przypomnieć, że nie mogły zostać w całości zainwestowane w bieżącą działalność, pamiętając o naszych wcześniejszych problemach.
Kibice zaniepokoili się też słabą frekwencją. Można coś z tym zrobić?
- Podczas spotkania dotarło do mnie, że na co dzień operujemy zupełnie innymi cyframi. Przypomniałem sobie, jak za bajtla uciekałem z familoka na mecz. Gdybym miał zapłacić za bilet nawet pięć złotych, to pewnie zostałbym na hasioku. Stałem wtedy pod stadionową bramą, łapałem starszych za rękaw i prosiłem: "Weźmie mnie pan?". To było takie niepisane prawo - starszy brał na swój bilet dzieciaka.
Zapomniałem o tych dzieciach. Zapomniałem jaki to wydatek - wyjście na mecz - dla ojca, który chce zabrać ze sobą dwóch synów... Zapewniam, że to się zmieni.
Rozmawiał: Wojciech Todur (Gazeta Wyborcza Katowice)