To był jeden z najbardziej spektakularnych transferów w historii Ruchu Chorzów. Zawodnik, który jednego dnia był uwielbiany przez chorzowskich kibiców, drugiego stał się ich wielkim przeciwnikiem. Tak było w przypadku
Mariusza Śrutwy, który 11 lat temu zdecydował się na transfer do Legii Warszawa. Fani "Niebieskich" długo nie mogli mu tego wybaczyć. Nawet po powrocie do Chorzowa kibice gwizdali na niego, gdy ten zdobywał bramki dla Ruchu. Zanim odzyskał zaufanie, musiało minąć trochę czasu. Może łatwiej by mu było, gdyby kibice wcześniej poznali kulisy jego przejścia do stołecznego klubu?
W latach '90 Mariusz Śrutwa był jednym z najlepszych napastników Ruchu. Dzięki dobrej grze i strzelonym bramkom stał się ulubieńcem chorzowskich kibiców. Przełomowy dla niego był sezon 1997/98 kiedy wraz z Sylwestrem Czereszewskim oraz Arkadiuszem Bąkiem został najlepszym strzelcem w lidze. Jego wartość wzrosła. Wkrótce chorzowskim napastnikiem zainteresowała się warszawska Legia, ale nie tylko... - Ofert było zdecydowanie więcej – zarówno z kraju, jak i z zagranicy – mówi o tamtych czasach popularny "Super Mario" - Ja skutecznie przez dłuższy czas odmawiałem. W Chorzowie było mi dobrze i nie chciałem nigdzie odchodzić. Legia kilka razy o mnie pytała. Prezes tego klubu pojawiał się nawet kilka razy w Chorzowie na rozmowach, ale ja w nich nie uczestniczyłem. Po jakimś czasie udałem się z prezesem do Warszawy. Poproszono mnie bym pojechał i wysłuchał co mają mi do powiedzenia.
Czego dowiedziałeś się w Warszawie?
- Byłem mocno zdziwiony, gdy na miejscu okazało się, że kluby są już dogadane. Powiedziano mi to na wstępie, już w pierwszym zdaniu. Ja wysłuchałem tego, ale nie zgodziłem się na taki wariant. Wróciliśmy do Chorzowa i tutaj zastała mnie bardzo komiczna sytuacja. Gdy weszliśmy do gabinetu prezesa, to okazało się, że czekał już na mnie cały, 25-osobowy zarząd klubu! Wszyscy patrzyli na mnie i pytali się co się stało. Prezes powiedział, że Mariusz nie dogadał się, nie podpisał umowy i że w tym momencie nie mamy za co żyć. Zamiast euforii była totalna konsternacja. Ja nie byłem do końca poinformowany, że to tak wygląda. Nie wiedziałem, że kluby już wcześniej osiągnęły porozumienie i że wszyscy czekali na tą decyzję.
Co było dalej?
- Posiedziałem chwilę. Prośby ze strony Ruchu, abym się zdecydował na transfer były oczywiście ponaglane. Kazali mi się decydować, bo sytuacja klubu była fatalna, a propozycja Legii najlepsza, jaka mogła się w tamtych czasach przytrafić. To był najdroższy transfer, jaki w Polsce przeprowadzono przez długie lata (Ruch zarobił na sprzedaży Śrutwy 3 miliony złotych - red.). Po jakimś czasie uległem namowom i zgodziłem się na odejście. I to tak trochę na przekór. Bo jeżeli mnie w Chorzowie nie chciano i zachęcano do tego, aby odejść, bo sytuacja finansowa była katastrofalna, no to nie było innego rozwiązania.
Usłyszałeś na Cichej, że jesteś już niepotrzebny?
- Nie, tak nie powiedziano. Ale mówiono jasno i precyzyjnie, że jestem jedyną nadzieją na pozyskanie pieniędzy i na dalszą egzystencję klubu. Nie było pieniędzy dla zawodników, nie było pieniędzy na normalne funkcjonowanie.
Jak wyglądał twój pobyt na Łazienkowskiej?
- Miałem umowę podpisaną na 2,5 roku. Po latach mogę to powiedzieć – miałem najwyższy kontrakt, jaki płacono wtedy w lidze. Dodatkowo – co było unikatem na Legii – miałem raz w roku otrzymywać od sponsora klubu, firmy Daewoo, najlepszy samochód, jaki w tym czasie produkowano. To wszystko było zapisane, to wszystko było dla mnie. W Legii nie było nawet dnia poślizgu z wypłatami. Pod tym względem ten klub był tak profesjonalnie prowadzony, że nikt nie mógł narzekać. Narzekali pewnie inni piłkarze, którzy mieli dużo mniejsze kontrakty. Bo po prostu inaczej negocjowali, a może po prostu zależało im na tym, aby grać. Ja na starcie założyłem, że skoro Ruch na mnie zarobi duże pieniądze, to ja też muszę dobrze zarabiać. Spokojnie podchodziłem do rozmów i – tak, jak powiedziałem – otrzymałem, jak na tamte warunki naprawdę przyzwoite pieniądze.
W Legii występowałeś jednak tylko rok. Dlaczego odszedłeś stamtąd przed czasem? Sztab szkoleniowy o tym zadecydował?
- To nie były decyzje trenerów. Nikt mnie stamtąd nie wyrzucał. Po roku stwierdziłem, że ten klub ma jedną wielką wadę: nie potrafi się tam dobierać personalnie zawodników oraz trenerów. Nie potrafi się go zorganizować, tak jak może być zorganizowany przy tak ogromnych pieniądzach. I pewnie dziś jest bardzo podobnie. Ja w tamtych czasach wiedziałem, że chcę coś osiągnąć w piłce. Było to dla mnie ważniejsze od tego, co zarobię. Zresztą do dzisiaj bardziej cenię sobie opinię oraz szacunek wobec własnej osoby i przedkładam to nad tym, co mogę włożyć do portfela. I dlatego bardzo spokojnie z ówczesnym trenerem Legii, a obecnym selekcjonerem, doszedłem do wniosku, że ja bardziej chcę grać, niż przepychać się na treningu. A w Legii sytuacje były tak komiczne, że nie było tygodnia, by się ktoś na treningu nie pobił. Atmosfera była bardzo nieciekawa i nikt nie wiedział jak sobie poradzić z "szatnią" Legii.
Jak przekazałeś trenerowi Smudzie informację o tym, że chcesz odejść?
- Powiedziałem trenerowi, że pieniądze mnie nie interesują. Ja chcę dalej sobie grać w piłkę, strzelać bramki i coś jeszcze w życiu osiągnąć. Dla siebie, dla kibiców i tych ludzi, których szanuje. W związku z tym podziękowałem trenerowi i powiedziałem, że moja rola w Legii się skończyła.
Kibice Ruchu długo nie mogli ci wybaczyć przejścia do Legii. Dość powiedzieć, że przez pewien czas byłeś w Chorzowie wrogiem nr 1.
- Gdy odchodziłem z Ruchu to otrzymałem bardzo ładne podziękowanie ze strony kibiców. Było to na turnieju halowym. Było bardzo sympatyczne. Ci, którzy byli blisko klubu wiedzieli, co się szykowało i dlaczego taka decyzja została podjęta. Później rzeczywiście większość zapomniała lub po prostu nie wiedziała o tych kulisach. Nie byłem w Chorzowie lubiany i szanowany, jak przed moją przeprowadzką do Legii. Po roku wróciłem do Chorzowa. Początek był trudny, ale przetrwałem.
Co czułeś, gdy już po powrocie z Legii strzeliłeś gola w ostatniej minucie w meczu z Ruchem Radzionków, a część kibiców zamiast się cieszyć, to na ciebie gwizdała.
- Był to dla nas bardzo ważny mecz, bo po tym spotkaniu zostaliśmy liderem ekstraklasy. Rzeczywiście w 93. minucie przy wyniku 1:1 wykonywałem rzut karny. Udało mi się zamienić go na bramkę. Część kibiców przyjęła to z dezaprobatą - pojawiły się gwizdy, skandowania przeciwko Legii i przeciwko mnie. Jak to mówią, człowiek musi wszystko przeżyć. Ja pokazałem, że mam charakter i po jakimś czasie znów zyskałem zaufanie u kibiców Ruchu. Myślę, że do dnia dzisiejszego mamy wzajemny szacunek w stosunku do siebie.
Czy rzut karny z meczu z Radzionkowem był najtrudniejszy w twojej karierze? Czy przed podejściem do piłki nie myślałeś o tym, co się stanie jeżeli go nie strzelisz?
- Takich sytuacji z rzutem karnym miałem w swojej karierze przynajmniej kilka. Tak to już bywa w tym zawodzie. Myślę, że szanuje się te osoby, które nie boją się wyzwań. Czasami trzeba postawić wszystko na jedną kartę i wziąć na siebie odpowiedzialność za takie bardzo trudne decyzje. Ja podjąłem się tego zadania. Udało się, zdobyłem bramkę. Z perspektywy czasu nie żałuję tego. I pewnie gdybym miał stawać przed tak trudnymi decyzjami, to znając mój charakter na pewno bym się nie wycofał.
Mariusz Śrutwa o niedzielnym meczu Ruchu z Legią:
- Ja mam nadzieję, że Ruch wygra. Legii zawsze się tutaj grało ciężko. "Niebiescy" w meczu z Wisłą wyszli na boisko bardzo skoncentrowani i bardzo dobrze nastawieni. Szczególnie w pierwszej połowie potrafili pokazać Wiśle – a teraz pokażą to Legii – że Chorzów będzie dla czołówki twierdzą nie do zdobycia. Legia natomiast na całej linii zawodzi – i to już nie pierwszy raz. Znowu drużynę budowano za olbrzymie pieniądze, sprowadzano zawodników, którzy mieli być gwiazdami. Może za jakiś czas będą. Póki co, Legia nie przekonuje i myślę, że jest to wielka szansa dla Ruchu, by to wykorzystać i zdobyć trzy punkty. Na uwadze mamy również to, że na pewno kibice będą bardzo zbudowani i zmotywowani do tego, aby pomagać drużynie. Wiemy, że mecz z Legią jest jednym z najważniejszych w sezonie. |
Rozmawiał: Robson (Niebiescy.pl)