Przyjaźń fanów Ruchu Chorzów i Atletico Madryt trwa już ponad cztery lata. Mimo wielu kilometrów dzielących kibiców obu drużyn, mają oni sporo okazji do spotkań. Tylko w maju fani "Niebieskich" wsparli Hiszpanów w 60 osób na finale Ligi Europy w Hamburgu i w 50 osób na finale Pucharu Króla w Barcelonie. Później nastąpiła przerwa na mistrzostwa świata w RPA, których gwiazdą został napastnik madrytczyków Diego Forlan. Pod koniec sierpnia Atletico czekał mecz o Superpuchar Europy ze zdobywcą Ligi Mistrzów, Interem Mediolan. Co to oznaczało? Kolejną okazję do wsparcia naszych braci, lecz tym razem z pewnych powodów w nieco mniejszej grupie. Zapraszamy do przeczytania relacji i oglądania zdjęć z Monako, które przygotowali Jerry17, Mody, Any i Zima!
Pomysł wyjazdu na spotkanie o Superpuchar Europy narodził się w naszych głowach tuż po finale Copa del Rey w Barcelonie pomiędzy Atletico, a Sevilla FC. Zastanawialiśmy się na jaki następny mecz Atletico uda nam się pojechać i wtedy ktoś przytomnie zauważył, że przecież czeka ich konfrontacja z Interem w Monako! Szybko jednak zwątpiliśmy w możliwość dostania biletów na to spotkanie, bo... stadion w Monaco może pomieścić zaledwie 18200 widzów. Dodatkowo kibice Interu mają do Monako rzut beretem, a i dla Hiszpanów wyjazd do malutkiego księstwa nie wydawał się wielką wyprawą.
Na blisko 2 miesiące zapomnieliśmy o meczu. Rozpoczęła się liga i na spotkaniu z Wisłą Kraków w trakcie luźnej rozmowy okazało się, że istnieje szansa na załatwienie biletów. Początkowo mieliśmy pojechać busem w 20 osób, jednak ciągle ktoś się "wykruszał" i ostatecznie zostało nas
4. W końcu w czwartkowy wieczór 26 sierpnia wyruszyliśmy w podróż samochodem.
Znowu zatriumfowało hasło: nie liczy się odległość, liczy się fanatyzm. Po 16 godzinach "pękło" 1600km, a my przed południem, w dniu meczu zameldowaliśmy się w Monako. Kiedy próbowaliśmy się dodzwonić do osoby, która miała dla nas bilety, z przejeżdżającego busa powitał nas okrzyk "Ruch Ruch HKS!". Jadący nim fani Atletico poinformowali nas, że osoba posiadająca je leci właśnie samolotem. Z pełnym spokojem mogliśmy się zatem udać na zwiedzanie miasta i wykorzystać pozostały czas do meczu na integrację z kibicami Atletico.
Jeszcze na około 3 godziny przed meczem, mimo zarządzonej od godziny 14 prohibicji, wesoło piwkowaliśmy w centrum miasta. Tu specjalne pozdrowienia dla Antonia i Tomka. W międzyczasie zbierało się coraz więcej kibiców, którzy z Hiszpanii przylatywali samolotami (przez Niceę) lub dojeżdżali samochodami.
Wkrótce odebraliśmy wejściówki i postanowiliśmy wejść jak najszybciej na stadion, żeby nie mieć problemów z wywieszeniem zabranej ze sobą flagi, w dodatku w miejscu, które byłoby często pokazywane w czasie relacji telewizyjnej. Wejście dla zawodników obu drużyn znajdowało się pomiędzy sektorami Atletico, dlatego zdążyliśmy jeszcze powitać owacyjnie piłkarzy z Madrytu, którzy na około 2 godziny przed meczem podjechali autokarem pod stadion. Jak można się domyślić, zawodnicy Interu pod wodzą trenera Beniteza zostali przyjęci raczej chłodno ;)
Po wejściu na sektor zawiesiliśmy flagę w okolicach narożnika boiska i zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie. Stadion powoli się wypełniał, a przed meczem wydawało się, że w tym dniu to Inter może mieć lepszy doping. Do czasu... Jak tylko zapełniły się sektory Atletico, doping ruszył pełną parą i było tak przez całe spotkanie. Na początku spotkania kibice Atletico rozwinęli sektorówkę.
Druga połowa zaczęła się od imponującego flagowiska Interu, ale i tak na trybunach, podobnie jak na boisku, dominowało Atletico. Po pierwszej bramce Hiszpanie odpalili sporo rac, które rzucili później na bieżnię. Od momentu uzyskania prowadzenia, przynajmniej z naszej perspektywy wydawało się, że na trybunach istniała już tylko jedna drużyna. Po strzelonej w końcówce drugiej bramce i obronionym rzucie karnym rozpoczęła się prawdziwa FIESTA!
Kibice Interu szybko opuścili swoje sektory, a my po raz drugi w tym roku mogliśmy zaśpiewać "Campeone, Campeone...". Piłkarze wykonali rundę honorową z pucharem, dając wszystkim okazję do dalszej zabawy. Po tym jak zeszli z murawy, my jeszcze długo robiliśmy zdjęcia ze starymi i nowymi znajomymi.
Odebraliśmy szereg zaproszeń do wspólnej zabawy w San Remo bądź w Nicei. Niestety odmawialiśmy z jednego powodu. Gdybyśmy zaczęli wspólne świętowanie wrócilibyśmy przy dobrych wiatrach we wtorek lub w środę;), a już w niedzielę czekały nas derby z Górnikiem...
Drogę powrotną urozmaiciliśmy sobie pobytem we włoskim Bibione, gdzie zafundowaliśmy plażowiczom chorzowskie "flagowisko" :-) Dzięki zwycięstwu przyjaciół droga nie nużyła nam się aż tak bardzo pomimo kolejnych 16 godzin spędzonych w samochodzie.
Jerry17, Mody, Any i Zima
źródło: Niebiescy.pl