"Niebiescy" jako pierwszy polski klub rozpoczęli w tym roku występy w europejskich pucharach. Chorzowianie musieli pogodzić grę w Lidze Europy z przygotowaniami do nowego sezonu Ekstraklasy. W efekcie z pucharów odpadli razem z Jagiellonią Białystok i Wisłą Kraków, a na inaugurację przywieźli z Gdańska cenny punkt. - Udało nam się wybrnąć z tego pozytywnie - powiedział trener
Waldemar Fornalik, który ze zdenerwowaniem czytał wypowiedzi o występach Ruchu w Lidze Europy.
Waldemar Fornalik: - W pewnym momencie poczuliśmy się, jakbyśmy zrobili coś złego, że to my awansowaliśmy do europejskich pucharów, a nie np. Legia Warszawa. Odniosłem wrażenie, że trzem drużynom - Wiśle, Legii i Lechowi - miejsca w pucharach należą się jakby z przydziału.
Można mieć zastrzeżenia, co do stylu i sposobu rozgrywania naszych meczów, ale w europejskich pucharach gra się o wynik i awans, by jak najdalej w nich zajść. Pierwszy dwumecz z Szachtiorem stał na przyzwoitym poziomie. Drużyna z Karagandy była mocnym, wymagającym przeciwnikiem. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i ocenić, w którym miejscu nasza piłka jest. Nie możemy mówić, że drużyny kazachskie, azerskie, armeńskie, mołdawskie czy też macedońskie, które kiedyś były uważane za te "do bicia", są takie i dziś. Te zespoły potrafią skomponować naprawdę wyrównane składy. My nie jesteśmy już 100-procentowymi faworytami w konfrontacji z nimi.
Pierwszy wygrany dwumecz pozwolił nam awansować dalej i zbilansować finanse. Każdy klub chce zajść jak najdalej i nam też zależało, by rozegrać jak najwięcej meczów. Cały czas jednak twardo stąpaliśmy po ziemi. Zdawałem sobie sprawę, że okres gry w pucharach to także okres przygotowawczy drużyny. Gdybyśmy myśleli tylko o Lidze Europy to styl naszej gry prawdopodobnie byłby lepszy. Udało nam się wybrnąć z tego pozytywnie.
Ktoś, kto krytykuje nas za to, że awansowaliśmy po dwóch remisach z Maltańczykami, może ma trochę racji. Pamiętajmy jednak, że te remisy dały nam awans do III rundy. Tu zmierzyliśmy się już z drużyną, która co roku gra w Lidze Europejskiej. Ten dwumecz może nie w pełni oddał różnicę, jaka dzieli te dwa kluby, ale uświadomił, że ona istnieje. Nie chcę mówić o budżetach, bo ktoś powie, że pieniądze to nie wszystko. Bez tych rzeczy nie da się jednak stworzyć mocnych zespołów.
Żyjemy w kraju, w którym drużyny walczą o awans do Ligi Europejskiej i Ligi Mistrzów, ale niestety muszą się liczyć z oddawaniem najlepszych zawodników. Śmiem twierdzić, że gdyby Lewandowski grał w spotkaniach ze Spartą Praga, to szanse Lecha byłyby o wiele większe. My też nie mogliśmy zatrzymać Andrzeja Niedzielana. Wiedzieliśmy również, że możliwe jest odejście Artura Sobiecha. Mimo, iż było widać, że nie prezentował już formy z jesieni, kiedy prawdopodobnie nie miał głowy zaprzątniętej innymi sprawami.
Jako drużyna, jako klub zagraliśmy na miarę naszych możliwości. Może gdybyśmy byli w lepszej formie w dwumeczu z Austrią Wiedeń, to porażki nie wynosiłyby 0:3 i 1:3, tylko może 1:2 czy 0:1. Widziałem wiele pozytywów w spotkaniu w Wiedniu. Graliśmy w dziesiątkę przeciwko klasowej drużynie, a mimo to potrafiliśmy dojść do sytuacji i przynajmniej na jedną bramkę zasłużyliśmy. To są jaskółki, które dobrze wróżą na przyszłość. Że będziemy zespołem, który jest w stanie napsuć krwi wszystkim.
Mecz z Lechią Gdańsk nie jest odpowiedzią na to, jak Ruch Chorzów będzie grał w tym sezonie. Wiemy, ile zdrowia kosztował nas mecz z Austrią. Chcieliśmy podporządkować taktykę tak, by coś ugrać w Gdańsku. Można było zagrać ładniej, ale niekoniecznie przywieźć jeden punkt. Jesteśmy na starcie ligi, a skrytykowano nas tak, jakbyśmy już kończyli tę rundę na Bóg wie jak niskim miejscu. Zastanawiam się skąd tyle jadu nawet u sympatyków Ruchu, którzy ciągle tylko krytykują, ale nie potrafią wskazać, jak zrobić coś, żeby było lepiej.
źródło: Niebiescy.pl