Urodzony w Chorzowie, wychowanek Stadionu Śląskiego, wieloletni zawodnik Ruchu. W wieku 33 lat z powodu przewlekłego urazu zakończył swoją karierę piłkarską. Po ponad dwuletniej przerwie powrócił do Chorzowa jako trener mający już doświadczenie w prowadzeniu pierwszoligowej drużyny. Od ponad roku z powodzeniem dyryguje poczynaniami "Niebieskich" na boisku. O kim mowa? Oczywiście o
Marku Wleciałowskim, który obchodzi dziś swoje 37. urodziny.
Jako kilkuletni chłopak rozpoczął treningu w Konstalu Chorzów, jednak po roku przeniósł się do Stadionu Śląskiego, gdzie poznał nie kogo innego jak Mariusza Klimka. – Razem tworzyliśmy nie tylko dobrą drużynę, ale także wspaniałą ekipę, która znakomicie rozumiała się także poza boiskiem. Nigdy nie przypuszczałbym, iż nasze drogi skrzyżują się w takich okolicznościach – mówi popularny "Wleciał". Po zakończeniu wieku juniorskiego trafił do grającego wtedy w III lidze AKS Chorzów. W wieku 19 lat został zawodnikiem Ruchu, grając z zawodnikami, którzy kilka miesięcy wcześniej zdobyli Mistrzostwo Polski. – Przejście na Cichą było spełnieniem moich dziecięcych marzeń – stwierdził pan Marek. W nowym klubie szybko wywalczył miejsce w podstawowym składzie i został dostrzeżony przez trenera reprezentacji olimpijskiej Janusza Wójcika. Był pewniakiem w kadrze, która wyjeżdżała do Barcelony, jednak nie było mu dane przywieść srebrnego medalu olimpijskiego. Kontuzja wyeliminowała go z tej wielkiej imprezy.
W niebieskich barwach wystąpił na boiskach ekstraklasy 249 razy. Na Cichej spędził 15 lat. Według trenera "Niebieskich" przełomowym momentem jego kariery był sezon 1991/92, gdy strzelił wszystkie swoje gole w ekstraklasie. – Trudno nie zapamiętać roku 1996, gdy zdobyliśmy Puchar Polski. Równie miłym wspomnieniem są występy w Pucharze Intertoto, gdzie nieznacznie ulegliśmy w finale z włoską Bologną. Ostatnim znaczącym osiągnięciem Ruchu jest trzecie miejsce w lidze w 2000 roku i występy w Pucharze UEFA z Interem Mediolan – wspomina obecny trener chorzowian.
O pracy w roli szkoleniowca myślał od początku swojej kariery. Pracę zaczynał oczywiście w Ruchu, jako grający asystent trenerów Bogusława Pietrzaka, następnie Oresta Lenczyka, a w końcu Piotra Mandrysza. W wieku 33 lat z powodu kłopotów zdrowotnych zakończył karierę i zajął się na dobre trenerką.
W 2004 roku trafił do Górnika Zabrze, gdzie przez ponad rok był asystentem Waldemara Fornalika, a później Wernera Liczki i Edwarda Lorensa. Po dymisji tego ostatniego został po raz pierwszy w życiu pierwszym trenerem drużyny. Z bardzo młodym składem i problemami finansowymi Górnik spisywał się pod jego wodzą wręcz rewelacyjnie. Jednak później przyszła seria porażek i Wleciałowskim podał się do dymisji.
Do Ruchu wrócił po dwóch latach przerwy. Miał tutaj wielu znajomych, z którymi grał w jednej drużynie, jednak jak sam twierdzi nie stanowi to dla niego przeszkody. Podpisał trzy i pół letni kontrakt, w którym przewidziano opcję przedłużenia go o kolejne dwa lata.
Po kilku meczach, w których gracze Ruchu spisywali się dosyć słabo, a kibice zaczęli zastanawiać się nad słusznością wyboru "Wleciała" na szkoleniowca Ruchu, nastąpił przełom. Drużyna diametralnie zmieniła swoje oblicze, wygrywała mecz za meczem, zawodnicy, którzy zostali sprowadzeni zimą zaczęli pokazywać swoje maksimum możliwości. Sezon został zakończony serią 10. spotkań bez porażki, a Ruch zajął siódme miejsce. I gdy już kibice uwierzyli w trenera "Niebieskich", podjął on decyzję, która podzieliła sympatyków Ruchu...
Nie przedłużenie kontraktu z Mariuszem Śrutwą wywołało falę protestów wśród grupy kibiców, którzy po prostu nie wyobrażali sobie Ruchu bez "Super Mario". Wtedy nastąpiło coś, co wydawało się rzeczą nie do pomyślenia. Grupka osób, która śmie nazywać się kibicami Ruchu, najpierw na terenie wokół stadionu wypisała epitety w kierunku chorzowskiego trenera, by w końcu zdewastować murawę na Cichej. – Moją reakcją na takie zachowanie było, jest i będzie tylko milczenie. Nie zamierzam tego komentować – ucina krótko szkoleniowiec Ruchu.
Głosy ludzi sprzeciwiających się tej decyzji zaczęły ucichać, gdy zobaczyli wyniki osiągane przez "Niebieskich". Poza ogromną wpadką w Janikowie, Ruch niemal zawsze grał jak z nut. Pierwsze miejsce na półmetku rozgrywek mówi samo za siebie. Jednak na wyżyny swoich możliwości "Niebiescy" wznieśli się pokonując krakowską Wisłę w Pucharze Polski i awansując do dalszej fazy rozgrywek, gdzie zagrają z Groclinem. Tak więc na wiosnę Ruch walczył będzie nie tylko o awans, ale także o jak najlepszy wynik w Pucharze Polski. – Do tej pory pokazywaliśmy, iż nie było dla nas meczów mniej lub bardziej ważnych. Mogę zapewnić, iż tak pozostanie – mówi pan Marek.
Redakcja serwisu pragnie złożyć Panu najserdeczniejsze życzenia z okazji urodzin, dużo zdrowia, szczęścia w życiu osobistym jak i zawodowym, oraz tego czego wszyscy kibice Ruchu pragną najbardziej – awansu do I ligi. Wszystkiego najlepszego!