Boisko przy ul. Cichej zna jak własną kieszeń. W Chorzowie spędził pięć lat i tyle też czasu musiało upłynąć, by wrócił na nie z powrotem.
Mamia Jikija od kilku dni trenuje z chorzowianami, a już w poniedziałek wybiera się z nimi na obóz przygotowawczy do Wisły...
- ...ale czy z podpisanym kontraktem?
- W sobotę otrzymałem kontrakt do przejrzenia i jak wrócę w poniedziałek do klubu, to dopełnię formalności i pojadę na obóz już jako zawodnik Ruchu Chorzów.
- Na jak długo zamierza pan się związać z Ruchem?
- Na półtorej roku.
- Co sprowadza pana na Cichą?
- Grałem w tym klubie pięć lat i ten okres bardzo mile wspominam. Oczywiście chodzi o sprawy sportowe, bo finansowo może nie było najlepiej.
- Ma Ruch jeszcze jakieś zaległości z tamtego okresu wobec pana?
- Troszeczkę tego jest, ale nie chcę o tym rozmawiać. Nie są to wysokie kwoty, które spowodowałyby, że moje podejście do Ruchu byłoby negatywne. Myślę, że tą sprawę uda się szybko załatwić.
- Jakby pan porównał zarządzanie klubem sprzed kilku laty, a to obecne?
- Z tego co słyszałem, to jest wielka różnica. Jak będę dłużej, to będę mógł o tym powiedzieć więcej.
- Miało to duże znaczenie przy wyborze Ruchu?
- Nie, nie chodziło o władze, które kierują klubem. Ale jeśli się słyszy, że w Chorzowie zawodnik jest skupiony tylko na grze, to owszem, jest to bardzo duży argument.
- Siedem lat temu "Niebiescy" byli również na pierwszym miejscu, ale zamiast mistrzostwa zdobyli trzecie miejsce. Mimo, iż Ruch gra teraz w innej lidze, grają inni zawodnicy, to czy znów nie będzie tak, że jednak w tej końcówce nie wydarzy się coś niespodziewanego?
- Tamten okres wspominam niemiło, bo odniosłem wtedy kontuzję. Miałem zerwany mięsień i przez 3-4 miesiące odpoczywałem od piłki. Nie widzę, żadnego związku z tamtym okresem, bo to jest zupełnie inna drużyna. Wszystko na razie idzie w dobrym kierunku i jestem przekonany, że tak już będzie do końca i awansujemy do ekstraklasy.
- Rzeczywiście, jest to inna drużyna, ale są w niej znowu Marek Wleciałowski, Tomasz Fornalik i Ryszard Kołodziejczyk, tyle tylko, że jako trenerzy.
- No, właśnie. Jak przyszedłem tutaj i przywitałem się z trenerami, to od razu przypomniało mi się, jak razem występowaliśmy na boisku. Teraz role się jednak trochę odmieniły, a oni są trenerami.
- A ciężko było się przestawić z per "ty", na "panie trenerze" wobec szkoleniowców Ruchu?
- Nie (śmiech). Nie mam z tym problemów. To jest normalne, że każdy kończy kiedyś grać w piłkę i niektórzy zostają trenerami.
- Czy gdyby trener ŁKS-u nie zrezygnował z pana usług, to czy chciałby pan dalej kontynuować grę w tym klubie?
- Trochę ta sprawa wygląda inaczej. O tym, że odszedłem z ŁKS-u nie zadecydowały względy sportowe. Nie ma o czym mówić. Pojawiła się oferta z Ruchu i nie było się nad czym zastanawiać. Na pewno tego nie żałuję, a nawet powiem więcej – cieszę się, że znów jestem na Cichej.
- A jak z pana formą? Mimo wszystko w ŁKS-ie grał pan częściej w rezerwach, aniżeli w pierwszej drużynie.
- No, tak, musiałem grać w rezerwach, ale jak już powiedziałem, zadecydowały o tym pewne sprawy. Zobaczymy jak będzie. Na razie to jest początek przygotowań. Myślę, że wszystko będzie widać podczas gier kontrolnych. Na pewno się tym nie przejmuję i jeżeli dobrze się przygotuję do rundy wiosennej, to z formą powinno być wszystko w porządku.
- Myśli już pan o ponownym zaprezentowaniu się przed chorzowskimi kibicami?
- Tak, myślałem o tym. Nigdy nie miałem z kibicami "Niebieskich" problemów, miałem z nimi dobre stosunki. I myślę, że tak zostało. Wierzę, że kibice mnie dobrze pamiętają.
Foto: lkslodz.pl