Barwy chorzowskiego Ruchu reprezentował przez 4 i pół roku. W ekstraklasie rozegrał w nich łącznie 117 meczów i strzelił 5 goli. Z "Niebieskimi" zakwalifikował się także do rozgrywek Pucharu UEFA.
Łukasz Surma, bo o nim mowa, z ogromnym sentymentem w głosie opowiada nam o czasie spędzonym na Cichej, a także o tym, dlaczego nie udały mu się dwie próby powrotu do Ruchu. 32-letniego pomocnika Lechii zapytaliśmy także o jutrzejszy mecz.
Jak pan wspomina swój pobyt w Ruchu?
Łukasz Surma: - Bardzo miło. Najlepszy był sezon 1999/2000, kiedy pod wodzą trenera Lorensa zajęliśmy trzecie miejsce. Apogeum gry w Ruchu i największym przeżyciem był mecz z Interem Mediolan.
Który klub jest najbliższy pana sercu? Wisła Kraków, Legia Warszawa, Lechia, której barwy pan aktualnie reprezentuje, a może Ruch?
- To dla mnie trudne pytanie. Jestem wychowankiem Wisły i ten klub na pewno byłby mi najbliższy gdybym tam pozostał, ale moje życie tak się potoczyło, że szukałem szczęścia gdzie indziej i nie było mi dane tam grać. Zostają teraz trzy kluby: Ruch, Legia i Lechia. Powiem szczerze, jak tak zaczynam wspominać, to z uwagi na to, jak się ze mną rozstano w Legii, gdzie zostawiłem dużo zdrowia i serca, Ruch wspominam najmilej. Nie mogę zapomnieć tego pożegnania z Legią i gdzieś to we mnie siedzi. W Chorzowie od początku do końca było w miarę tak samo. Zdarzały się jakieś problemy finansowe, ale atmosfera zawsze była fajna. Powiedziałbym, że to jest klub bliski mojemu sercu.
A więc z sentymentem podejdzie pan do jutrzejszego spotkania?
- To już są akurat dwie różne sprawy. Podejdę do tego tak, żeby trzy punkty zostały na Traugutta. Gram w Lechii, która też jest dla mnie ważnym zespołem. Nie będzie żadnych sentymentów, ale chyba każdy zawodowy piłkarz powiedziałby tak samo. Natomiast jeśli w wolnych chwilach myślę o klubach, w których grałem, to Ruch naprawdę jest mi bardzo bliski. Ale jutro zagram w przeciwnej drużynie i nie ma przebacz.
Od odejścia z Ruchu minęło już prawie 8 lat. Zdarzyło się panu później odwiedzić Cichą?
- Na mecze nie przyjeżdżałem, bo też ciągle grałem w swoim klubie. Dwa razy byłem jednak blisko podpisania kontraktu z Ruchem. Po raz pierwszy, kiedy wróciłem z Izraela i byłem wtedy na Cichej. Później byłem na Ruchu przy okazji meczu w rundzie jesiennej obecnego sezonu. Spotkałem ludzi, którzy od lat się tam nie zmienili. Panie sprzątaczki czy ludzie opiekujący się boiskiem. Przypomniały mi się stare dobre czasy. Jeśli chodzi o "górę", czyli prezesurę, zarząd to wszyscy się pozmieniali. Ze słynnej kawiarni klubowej, w której są puchary klubu, znałem już tylko pana Sklepowicza. Legendy Ruchu Gerarda Cieślika, który przychodził kiedyś na nasz każdy mecz, niestety nie było. Wiem, że się źle czuje i przez to nie było nam dane się spotkać.
Pan Gerard Cieślik w ostatnim czasie poczuł się lepiej i znowu zaczął odwiedzać Cichą.
- Dzięki waszej stronie mogę go bardzo serdecznie pozdrowić. On był jednym z ludzi, którzy mnie ściągali do Chorzowa. Bardzo miło go wspominam.
Co zaważyło na tym, że nie udało się podpisać kontraktu z Ruchem?
- Było naprawdę blisko powrotu do Ruchu, ale ostatecznie wybrałem lepszą finansowo ofertę Admiry Wacker. Byłem już zaawansowanym wiekowo zawodnikiem i to był moment, kiedy mogłem jeszcze jechać za granicę. Postanowiłem z tego skorzystać.
A przy drugim podejściu?
- To było po powrocie z Austrii, gdzie byłem tylko pół roku. Miałem do wyboru Lechię albo Ruch. W Chorzowie znowu mieli olbrzymie problemy finansowe i tak to się potoczyło, że wybrałem Lechię. Muszę przyznać, że też nie żałuję.
Może do trzech razy sztuka?
- Na razie gram w Lechii i nie myślę o tym.
Spójrzmy na tabelę. W ścisłej czołówce są trzy kluby, w których pan grał: Ruch, Wisła i Legia. Kogo pan typuje do tytułu mistrzowskiego, a kogo do europejskich pucharów?
- To jest bardzo podobny sezon do tego mojego najlepszego w barwach Ruchu, czyli 1999/2000. My wtedy skończyliśmy na trzecim miejscu i Ruch teraz też ma na to szansę. Ma przewagę jednego punktu nad Legią, a faworytem do mistrza jest Wisła.
Ruch pana zdaniem poradziłby sobie w europejskich pucharach?
- To będzie ciężkie zadanie. Nie wiem, jak wygląda sytuacja z Zającem i Niedzielanem oraz tymi młodymi, którzy będą rozchwytywani. Jeśli ta drużyna zostanie rozsprzedana i nikogo się do niej nie do kupi, to Ruch będzie miał nikłe szanse na zaistnienie w Europie. Mam w tym doświadczenie. Z Legią zdobyłem mistrzostwo Polski, a potem w pucharach trafiliśmy na Szachtar Donieck. Nie mieliśmy najmniejszych szans na to, żeby ich przejść. Zastanawiano się, jaki był błąd. Drużyna miała zostać wzmocniona, ale ci, którzy przyszli okazali się słabsi od tych, którzy już byli. Jeśli więc Ruch zakwalifikuje się do europejskich pucharów, musi się wzmocnić, bo to jest duży przeskok. W pierwszej rundzie jeszcze ok, ale w drugiej trafia się na zespoły typu Austria Wiedeń. Grając w Legii mierzyliśmy się z nią i graliśmy wyrównane mecze, ale nie mogliśmy ich przejść. Austria Wiedeń ma budżet dwa czy trzy razy większy od Legii, nie mówiąc już o Ruchu Chorzów. Tamci zawodnicy są drożsi, mają doświadczenie w Europie i to jest coś innego, niż liga polska.
Jutro zagracie u siebie przed własną publicznością. Czujecie się faworytami przed tą potyczką?
- Myślę, że mecz będzie wyrównany i nie można wskazać jednego faworyta. Z racji tego, ile punktów ma już Ruch, musimy się go obawiać. Do tej pory gra opierała się na mocnych skrzydłach, Sobiechu i Niedzielanie. Teraz się to pozmieniało. Dwaj wymienieni zawodnicy nie zagrają, a Sobiech w poprzednim spotkaniu też nie wystąpił od początku. Sobiech świetnie zbierał te górne piłki, a Andrzej Niedzielan z tego korzystał. Boki też dobrze chodziły. Jutro będziemy wiedzieć więcej, gdy zobaczymy, w jakim składzie zagra Ruch.
Rozmawiał: Neo (Niebiescy.pl)