Dla mnie "dziesiątka" to bardzo symboliczny numer. Odbieram go personalnie, ponieważ bardzo szybko straciłem ojca, ale do dzisiaj pamiętam, że jako 5, 6-letni chłopak zadałem mu pytanie o człowieka na boisku, który strzela najwięcej bramek i z jakim numerem gra. Dostałem odpowiedź, że to napastnik z numerem 10. Od dziecka, przez całą moją karierę, aż do jej zakończenia liczyła się dla mnie ta historia i to było najważniejszym wyznacznikiem tego, dlaczego grałem z tym numerem. Upłynęło sporo czasu i, jak wszyscy, niewiele pamiętam z okresu dzieciństwa, ale ta rozmowa bardzo dobrze zapadła w mojej pamięci.
Zawsze, od trampkarza przez juniorów starałem się grać z "10". Często występowałem ze starszymi od siebie i w związku z tym, siłą rzeczy ten numer często był zajęty. Jeżeli udało mi się przekonać do siebie innych i jakimś trafem po niego sięgnąć, zawsze to robiłem i bardzo często z nim grałem.
Przychodząc do Ruchu, jak mnie pamięć nie myli, ten numer był zajęty, ale bardzo szybko się zwolnił. Wtedy nie było jakiegoś nacisku, aby "dziesiątka" była zarezerwowana dla kogoś szczególnego i żeby nikt z nią nie grał. Przez te wszystkie lata, przez które dane mi było grać dla Ruchu, bardzo sobie ceniłem, że występuję z tym numerem. Człowiek w miarę tego jak dorastał, słyszał też tą drugą stronę pojmowania "odpowiedzialności" noszenia "10". Dlatego, że bardzo często zakładają go osoby, które znaczą w drużynie coś więcej niż tylko to, że jest się piłkarzem. Dla mnie było to wyróżnienie, a jednocześnie spełnienie marzeń z dzieciństwa.
Pamiętam, że nawet w momencie, kiedy przez jeden sezon nie grałem w Ruchu, kibice tak traktowali ten numer, iż w chwili, gdy spiker podawał "z numerem 10 zagra..." zamiast Mariusz Masternak (występował wtedy z "10") skandowali Mariusz Śrutwa. W związku z tym po powrocie bardzo szybko udało mi się numer odzyskać i znowu grałem z dziesiątką.
Numer jest oczywiście bardzo ważny, ale jak uczy życie, z mojej perspektywy i z moich doświadczeń, jeszcze ważniejsza jest osoba, której jest on przypisany. Odkąd rozstał się ktoś ze mną w Ruchu, ten numer jest wolny do dzisiaj. Nikt go nie założył, a przecież bardzo dużo osób pytanych: czy będą chcieli z nim grać, czy podejmą się tego, czy w ogóle myślą o tym, odpowiadało, że nie chce tego numeru brać, bo kiedyś ktoś z nim grał i ma to duży ciężar gatunkowy. To jest dla mnie, nie ma co ukrywać, wielkie wyróżnienie. Nawet osoby, które były wtedy poza klubem i obserwowały to z boku, potrafią to w tej chwili uszanować i w jakimś stopniu uznać mój wkład w budowanie tego, co się działo na Cichej przez lata. Potrafią stwierdzić, że do tego, aby założyć tę koszulkę potrzeba jeszcze dużo czasu i na razie jest to za ciężki numer dla nich.
Zapewniam, że sposób, w jaki moje losy kończyły się z Ruchem, jak również to, co dla tego klubu zrobiłem, w Polsce było bardzo doceniane i komentowane. To, co się dzieje z numerem 10, jest tego potwierdzeniem. Zarówno w ówczesnej, jak i w tej obecnej szatni Ruchu, mimo wszystko dalej jest gdzieś szacunek do mojej osoby i przede wszystkim to, że nikt tego numeru nie bierze i wszyscy wiedzą dlaczego. A przecież na palcach jednej ręki można policzyć piłkarzy, którzy grali ze mną w drużynie. Przez te wszystkie lata ten numer nabrał rangi. Mnie się udało go nosić i reprezentować ten klub myślę, że dobrze, a czasami bardzo dobrze. Zostało takie wrażenie i ktoś to w tej chwili szanuje.
Czy ktoś może założyć "10"? Oczywiście! Nie jestem uprawniony, ani jakoś w tym wszystkim, co piszę posunięty do przodu, abym powiedział, że nie. To jest temat dla klubu i zawodników w nim występujących. To jest jednocześnie bardzo prosta decyzja. Wszystko zależy od tej osoby, która go będzie ubierać i od tego, jak zostanie przyjęta przez kibiców.
Przy całym szacunku dla fanów, nie uważam, żeby akurat oni mieli decydować, kto ma grać z "dziesiątką", ponieważ mimo wszystko nie wiedzą dużej ilości rzeczy, które się rozgrywają w drużynie i w szatni. To też miało niebagatelne znaczenie, że to akurat ja grałem z tym numerem i że tak długo po moim zakończeniu kariery nikt go nie ubrał.
Kibice wiedzą tylko część. Dociera do nich czasami tylko nie do końca potwierdzona informacja o tym, co się dzieje w środku drużyny. Czasami te informacje są zupełnie przeinaczone, nieprawdziwe albo wyrwane z kontekstu. Podam przykład, bo już teraz po latach można o tym mówić. Zarzucono mi kiedyś, że jeden zawodników został przeze mnie, delikatnie mówiąc, wyproszony z szatni. Część osób odebrała to, jako coś nagannego i złego. Wszyscy piłkarze, którzy byli wtedy w zespole, odebrali to zupełnie inaczej. Odebrali to, jako coś, co tylko i wyłącznie świadczyło o tym, że ktoś nad tą drużyną panuje, iż jest jej lider, przywódca. Wiedzieli po prostu, co było powodem. Wiedzieli, że powodem takiej postawy był fakt, iż ten zawodnik nie był uczciwy w stosunku do całej drużyny. W dniu poprzedzającym mecz zachowywał się niestosownie, ponieważ bawił się do późnej nocy w dyskotece. Drużyna o tym wiedziała, a kibice nie i myślę, że nie musieli, bo nie w tym rzecz. Ja zareagowałem, a na następny dzień na przeprosiny tego piłkarza zareagowała szatnia, która powiedziała, że nie chce z tym człowiekiem więcej grać.
Dlatego jestem przeciwny temu, żeby to kibice decydowali, kto ma nosić "dziesiątkę", bo nie znają szczegółów. Co innego, gdyby przyznać ten numer kibicom. Gdyby to oni byli od dzisiaj numerem 10 w klubie, to będę uznawał, że są dla klubu najważniejsi. Kiedyś powiedziałem i dalej będę to podtrzymywał, że w klubie piłkarskim najważniejsi są piłkarze, a dla klubu piłkarskiego najważniejsi są kibice.
Z niebieskim pozdrowieniem,
Mariusz Śrutwa