Bardzo rzadko zdarza się, aby piłkarz w ciągu zaledwie kilku miesięcy zaskarbił sobie ogromny szacunek u kibiców. Większości w ogóle nie udaje się tego osiągnąć albo zajmuje im to wiele lat.
Andrzej Niedzielan należy do tych nielicznych zawodników, którzy swoją fantastyczną grą i postawą poza boiskiem w błyskawicznym czasie zyskali wielką sympatię fanów. W trakcie rundy jesiennej "Wtorek" stał się ważnym, o ile nie najważniejszym ogniwem zespołu. Strzelił 7 bramek i zaliczył 3 asysty. Całości dopełniło odrzucenie bardzo atrakcyjnej oferty Polonii Warszawa. Kibice okazali mu swą wdzięczność na prezentacji drużyny. - To są chwile, dla których warto żyć - mówi Andrzej Niedzielan. 31-letni zawodnik, w wywiadzie dla naszego serwisu opowiada o tym, czego brakowało mu w innych klubach, a dzięki czemu tak dobrze czuje się na Cichej oraz zdradza powody, dla których nie chce grać w koszulce z numerem "10". Wyjawia też, dlaczego nie ma złudzeń, co do swej gry w reprezentacji Polski...
Zaskoczyło cię coś, gdy przychodziłeś do Ruchu? Atmosfera, zasady, zwyczaje?
Andrzej Niedzielan: - Spodziewałem się, że tu będzie bardzo dobra atmosfera, bo zazwyczaj tak jest w tych, powiedzmy, mniej zamożnych klubach. W innych, np. w Wiśle, wygląda to trochę inaczej, dlatego wiedziałem, czego mogę się spodziewać w Chorzowie. Myślę, że nic mnie nie zaskoczyło.
Odczuwasz atmosferę związaną z licznymi tytułami, długą i bogatą historią Ruchu? To pomaga czy raczej przeszkadza?
- To się czuje, bo Ruch Chorzów jest marką na polskim rynku. Ten klub ma bardzo dużo kibiców, nie tylko w Chorzowie. To na pewno swego rodzaju magnes i nazwa, która każdemu przeciętnemu kibicowi coś mówi i podchodzi on do tego klubu z szacunkiem. Kilkanaście mistrzostw robi wrażenie.
Miałeś okazję poznać więzi, jakie łączą kibiców m. in. z Gerardem Cieślikiem, Krzysztofem Warzychą czy Mariuszem Śrutwą?
- Zdaję sobie sprawę, że są to ikony i ludzie, którzy są bardzo zasłużeni dla tego klubu. Można powiedzieć, że są to jego ambasadorowie. Kibice się z nimi utożsamiają, a oni się utożsamiają z kibicami. To świetna sprawa, że taki klub ma takie postaci.
Występy w Ruchu, jak sam przyznałeś, przynoszą ci szczególną, nieodczuwalną wcześniej radość? Na czym ona polega? Grałeś przecież i za granicą, i w reprezentacji Polski, a jednak w Ruchu ta radość jest największa.
- Zostałem trochę źle zrozumiany. Ogromną radość sprawiały mi też bramki w reprezentacji, czy też na Zachodzie. W Wiśle strzeliłem tylko jednego gola, ale też sprawił mi on dużą radość. Tutaj jednak, po moim nieudanym okresie w przygodzie z piłką, doszedłem do siebie, wróciłem do formy, zacząłem grać, po raz kolejny zostałem zauważony, odbudowałem zaufanie trenerów i kibiców. To przez cały czas we mnie jest i między innymi też dzięki temu chciałem zostać w Ruchu na wiosnę, żeby tego tak szybko nie tracić.
Wiemy, że regularnie piszesz na swoim blogu. Czy przeglądając Internet, zdarza ci się odwiedzić naszą stronę?
- Zdarza mi się, odwiedzam waszą stronę oraz oficjalną.
Nie pytamy bez powodu. W przeprowadzonej na naszej stronie sondzie 46% kibiców uznało cię najlepszym zawodnikiem Ruchu w pierwszej części sezonu. Na drugim miejscu z 18% głosów uplasował się Artur Sobiech. Czujesz się zaskoczony?
- W sondzie te dysproporcje są bardzo duże, a na boisku ich nie było widać. Ruch Chorzów to nie tylko Andrzej Niedzielan, Artur Sobiech i długo, długo nic. Wszyscy wiedzą, że Ruch to przede wszystkim poukładana drużyna z trenerem, który umie nas bardzo dobrze ustawić do danego meczu. Cieszę się, że zostaję zauważony i doceniony, ale Ruch Chorzów to przede wszystkim drużyna.
Czujesz się idolem najmłodszych fanów? Gwiazdą drużyny, dla której kibice przychodzą na mecze?
- Gwiazdy to są w Realu Madryt, Barcelonie, a ja jestem po prostu zawodnikiem, który chce wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej. Chcę dawać nie tylko sobie, ale przede wszystkim kibicom radość z mojej gry.
Zdajesz sobie sprawę, że zapanowała moda na Andrzeja Niedzielana?
- To strasznie fajne. Cieszę się, że wróciłem z tego niebytu. Można powiedzieć, że dwa lata mnie nie było, a nagle znowu istnieję. Gram w piłkę, cieszę się tą grą i mam nadzieję, że kibice również. Okazuje się, że jednak potrafię coś dać zespołowi, w którym występuję. To jest świetne uczucie.
Miałeś już w swojej karierze taką więź z kibicami?
- Nie mogę zapominać o Górniku Zabrze, gdzie strzeliłem 18 bramek i też bardzo dobrze to wyglądało. W Holandii i w Groclinie, gdzie mieliśmy małą rzeszę kibiców, też mnie raczej lubili. W NEC Nijmegen miałem okres bardzo dobrej gry i też kibice przez moment byli fantastyczni. Ale na Zachodzie czy w Groclinie, z całym szacunkiem dla tych klubów, nie ma takiej atmosfery, takiego święta, jakim jest mecz. Tutaj ludzie bardziej żyją piłką. Jest magia, która przyciąga kibiców i dzięki temu tak gramy.
W których momentach doping jest ci najbardziej potrzebny?
- Zawsze. Czy się wygrywa 5:0, czy przegrywa 0:5, doping jest potrzebny w każdym momencie. Moim zdaniem w trudniejszych chwilach jest on bardziej odczuwalny. Przykładowo, jeśli przegrywamy jeden, dwa czy trzy zero i jest doping, to my dalej chcemy grać i gonić ten wynik. Jeżeli przegrywamy 0:3 i nasi kibice zaczynają na nas gwizdać, krzyczeć i, kolokwialnie mówiąc, jechać po nas, to nic już się na boisku nie chce i wiadomo, że mecz jest przegrany.
Kibice mieli wpływ na decyzję odrzucenia atrakcyjniejszej oferty i pozostania w Chorzowie?
- Odzyskałem tutaj radość gry w piłkę, której mi brakowało nawet nie przez dwa, a przez trzy lata. Było wielu sceptyków, którzy nie wierzyli, że ja się mogę odrodzić. Zaufano mi, trener na mnie postawił. Tak samo zaufali mi kibice, bo nie wiadomo było, jak ja się będę prezentował. To był jeden z czynników, który sprawił, że chciałem zostać w Ruchu i dać innym radość z własnej gry. Oprócz tego jest również drużyna, trener Fornalik, jest generalnie cały klub, w którym się dobrze czuję.
Fani dali ci wyraz swojej wdzięczności podczas prezentacji.
- To są chwile, dla których warto żyć. Brzmi to banalnie, ale w tych momentach wiadomo, że to, co to robisz po prostu ma sens. Jeżeli jeszcze dobrze to wykonujesz, to wszyscy są szczęśliwi. Cieszę się, że tak mnie przywitano. Dziękuję za to. Staram się spłacić dług wdzięczności wobec mojej osoby.
Numer "23", z którym występujesz, jest dla Ciebie ważny?
- Tak, bo zacząłem z tym numerem występować... Znowu wrócę do tej niepopularnej tutaj nazwy... w Górniku. Później poszło to dalej: Groclin, Holandia, w Wiśle niestety Paweł Brożek miał ten numer i była nieszczęsna osiemnastka. Ucieszyłem się, że numer "23" był wolny w Ruchu. Od razu go przyjąłem, bo to moim zdaniem taki mój numer, który mogę sobie teraz przypisywać.
Grałeś kiedykolwiek z "dziesiątką" na plecach?
- Gdzieś tam za trampkarskich czasów pewnie tak. Zdarzało mi się ubrać "dziesiątkę", ale ja według tej starej numeracji nie byłem typem na numer "10", tylko na "11". Dziesiątka to był taki powiedzmy ofensywny pomocnik, który rozgrywa piłkę. Ja raczej byłem tą jedenastką.
Pewnie wiesz, skąd te pytania?
- Wiem, wiem (śmiech).
78% kibiców chciałoby, żebyś grał z "dziesiątką". Podoba ci się ten pomysł?
- Cieszę się, że kibice doceniają moją pracę i wkład w nasze osiągnięcia, ale "23" to mój szczęśliwy numer i nie zamierzam z niego rezygnować. Fantastycznie się w nim czuję. Dla mnie jest to, jak "10" dla innych zawodników. Nie biorę pod uwagę zmiany, zwłaszcza w połowie sezonu.
Zanim jednak rozegrałeś pierwszy oficjalny mecz w Ruchu, uznałeś, że "10" to za ciężki numer. Po takiej rundzie jesiennej byłby już chyba lżejszy?
- Powiedziałem to przez palce i z uśmiechem na twarzy. Nie chodzi o to, że się boję. Uwielbiam wyzwania. Kiedy przychodziłem, był taki temat, a nasz kierownik Andrzej zapytał nawet: "10" czy "23"? Od razu wybrałem ten drugi i choćbym sto bramek w lidze strzelił, też bym tak zrobił.
Jesienią waszym głównym problemem były mecze z czołówką. Z czego to wynika, że w poprzednich sezonach Ruch potrafił wygrać z Wisłą, a teraz kiedy jest teoretycznie silniejszy, nie "wyrwał" Wiśle w dwóch meczach nawet punktu?
- Popełniliśmy jeden błąd. Po strzeleniu bramki chcieliśmy złamać Wisłę, strzelić jej jak najszybciej drugą bramkę i ją dobić. Do naszego trafienia Wisła w zasadzie nam nie zagroziła. Zdobyty gol obudził bestię i od tego momentu krakowianie zaczęli grać w piłkę, stwarzać sytuacje i strzelać bramki. Człowiek jest mądry po szkodzie, ale gdybyśmy mogli cofnąć czas... Trzeba było wtedy zaczął się bronić. Każdy jest jednak ambitny, chce dalej strzelać bramki i wygrywać, ale niestety Wisła w tamtym momencie okazała się za mocna. Wcześniej Ruchowi się udawało, a to znaczy, że można. Nam się wtedy nie udało, ale myślę, że mecz mógł się podobać i mimo przegranej kibice nie byli zawiedzeni.
Jak wasi fani powinni podejść do tematu walki o mistrzostwo Polski? Głośno, po cichu?
- Spokojnie, nie możemy zwariować. Zdajemy sobie sprawę, w którym miejscu jesteśmy. Oczywiście, gramy o mistrzostwo Ekstraklasy, bo tak te rozgrywki się nazywają. Ktoś, kto w nich startuje i powie, że nie gra o mistrzostwo Ekstraklasy, zostanie wyśmiany. Gramy o tytuł i o jak najwyższe miejsca, ale nie mamy jakiejś rewelacyjnej sytuacji w klubie. Nie mamy wielkich pieniędzy. Lech Poznań, Legia Warszawa, Wisła Kraków - te kluby mogą głośno krzyczeć, że walczą o pierwsze miejsce. My oczywiście też chcielibyśmy. Będziemy robić wszystko, żeby nie spuścić z tonu, żeby ta wiosna nie była gorsza od jesieni. Jeżeli uda nam się zdobyć tyle punktów, ile w poprzedniej rundzie, to będzie to dla nas rewelacyjny sezon. Jeśli uda się więcej, to będzie fantastycznie. Nie możemy jednak sztucznie pompować balonu i mówić, że my na pewno gramy o mistrzostwo, bo na koniec możemy się rozczarować.
Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że fajnie byłoby zagrać z Ruchem w europejskich pucharach. Zakładasz więc możliwość pozostania w Chorzowie na dłużej?
- Nic nie jest wykluczone. Do czerwca na pewno zostaję, a później zobaczymy. Każdy scenariusz jest możliwy, jeśli chodzi o moją osobę. Teraz koncentruję się tylko na graniu w piłkę, a o przyszłości będę myślał po sezonie.
Aktualnie jesteśmy na trzecim, czwartym miejscu i byłoby ekstra zagrać w pucharach na koniec sezonu. My nie chcemy głośno składać żadnych deklaracji, bo nie o to chodzi. Nie powiem, że na pewno zagramy w pucharach, bo na pewno to my wszyscy... poumieramy. Chcemy przemawiać na boisku, zdobywając punkty. Tylko w ten sposób możemy osiągnąć nasz cel.
Było o pucharach, pora na reprezentację. W Turcji na jednym z waszych sparingów pojawił się Franciszek Smuda. Była okazja do rozmowy?
- Była krótka wymiana zdań, w sensie: "dzień dobry panie trenerze"; "dzień dobry, szkoda, że tak krótko grałeś, bo przyjechałem cię obejrzeć" (Niedzielan zagrał wtedy tylko 45 minut i strzelił w tym czasie 2 bramki - przyp. red.). Tak pan Smuda powiedział.
Aktualnie jedynym reprezentantem Polski w Ruchu jest Maciej Sadlok. Kto będzie następny?
- Wierzę, że Artur Sobiech wcześniej czy później do niej trafi. Życzę mu wszystkiego najlepszego. Jest młody, ambitny, zdolny - ma wszystko co potrzebne, żeby grać w reprezentacji.
Ty nie widzisz w niej dla siebie miejsca?
- Nie jestem powoływany, dlatego temat reprezentacji dla mnie nie istnieje.
Ale przecież 33-letni napastnik mógłby zostać gwiazdą nadchodzących Mistrzostwo Europy!
- To prawda, zgadzam się. Inni wytykają mi, że jestem stary. Nie wiem, skąd to się bierze. Ze względu na wiek nie mam już jednak złudzeń. Jeżeli ktoś jest dobry, to będzie grał w tej reprezentacji. Nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, czy ma się 17 czy 35 lat.
Jakie masz plany na najbliższe tygodnie, miesiące?
- Chcę się skoncentrować na dobrym graniu dla Ruchu oraz na tym, żebym był zdrowy. To mnie w tym momencie interesuje.
Rozmawiali: Marco, Neo (Niebiescy.pl)