Kontuzje wkupione są w zawód piłkarza. Zdarza się, że uraz po wyleczeniu odnawia się, nawet kilka razy. Zawodnik, który musi przez to przechodzić nazywany jest pechowcem.
Ireneusz Adamski wiele miesięcy spędził na "zwiedzaniu" gabinetów lekarskich i swój upragniony debiut zaliczył dopiero w piętnastym ligowym meczu. "Adams" chce jednak jak najszybciej zapomnieć o swoim pierwszym występie, bo "Niebiescy" przegrali z przedostatnią drużyną zaplecza Orange Ekstraklasy.
- Długo musiałeś czekać na swój debiut w Ruchu, a gdy w końcu to nastąpiło drużyna przegrała i to dosyć wysoko.
Ireneusz Adamski: - Z powodu różnego rodzaju urazów przez długi czas nie mogłem grać, ale jestem już w pełni sił. W meczu z Unią dostałem szansę i wydaje mi się, że jej nie zmarnowałem, ale mimo to przegraliśmy. Winę za to ponosi cały zespół i ja również.
- Czy wcześniej zdarzało ci się debiutować w przegranym meczu?
- Raczej wszystkie poprzednie debiuty były wygrane. Kiedyś zdarzyło się, że polegliśmy, ale było to w zamierzchłych czasach. Nie rozpamiętuję już tamtego meczu i mam nadzieję, że o tym też szybko zapomnę. Są dwa kolejne spotkania, w których musimy zdobyć sześć punktów i wspiąć się jeszcze wyżej w tabeli. Liczę, że inne zespoły też potracą punkty.
- Nie zlekceważyliście przeciwnika?
- Nie, na pewno nie. W pierwszej połowie nas troszkę zaskoczyli szybkim wykonaniem stałego fragmentu. Nie pamiętam, kto zawinił, bo byłem skupiony na kryciu swojego zawodnika i po prostu nie zwróciłem uwagi. Nie wiem jak skomentować strzał z początku drugiej połowy, bo dobrze go nie widziałem. Po tym golu musieliśmy się odkryć i w konsekwencji straciliśmy dwa kolejne. Najpierw po stałym fragmencie gry, a później z kontry. Tak nam wyjazd wyszedł... bardzo smutno.
- Na treningach świetnie wykonujesz rzuty wolne. Żałujesz, że ani razu nie podszedłeś do piłki?
- Chyba wszystkie wolne mieliśmy po prawej stronie boiska. Nie było raczej żadnych stałych fragmentów gry na lewą nogę. Michał Osiński też świetnie wykonuje. Gdy ja wchodzę ze swoim wzrostem w pole karne to jest ze mnie więcej pożytku.
- Na klęskę miała wpływ kontuzja Tomasza Sokołowskiego?
- Ciężko powiedzieć. Tomek jest bardzo doświadczonym zawodnikiem i na pewno by się przydał. Trudno gdybać czy byśmy wygrali, przegrali, czy zremisowali.
- Po porażce z Unią myślisz, że w kolejnych meczach będziesz grał od początku?
- Każdy liczy na występy w pierwszej jedenastce i ja również. Zależy to od trenera i od mojej aktualnej dyspozycji. Ja będę robił wszystko, aby udowodnić, że warto na mnie stawiać.
- Zadebiutowałeś na wyjeździe. Teraz czekasz na występ przed chorzowską publicznością?
- Marzę o debiucie na Cichej. Przed taką publiką każdy chciałby grać. Wcześniej siedząc na ławce rezerwowych ciarki mi przechodziły, gdy ludzie wstawali, śpiewali, klaskali. Gra przed taką publicznością jest naprawdę przyjemna. Chcielibyśmy podziękować kibicom, którzy przyjechali nas dopingować. Niestety nie spełniliśmy ich oczekiwań, za co przepraszamy. Naprawdę nie zrobiliśmy tego specjalnie, widać było, że walczyliśmy. Straciliśmy głupie bramki i przegraliśmy.