Jest pogodna niedziela 20 maja 1956 roku. Na stadionie przy ulicy Cichej zbierają się tłumy kibiców. Jak zwykle w nadkomplecie. Tym razem ponad 25 tysięcy widzów będzie dopingować w pojedynku pretendentów do mistrzowskiego tytułu. Ruch, który do tej pory nie poniósł porażki u siebie, podejmuje Łódzki KS, zajmujący po siedmiu meczach trzecie miejsce w tabeli za Wisłą i Legią. Chorzowianie plasują się za Lechią Gdańsk na piątej pozycji. Przybyli na stadion żywo jeszcze komentują sukces Stanisława Królaka pierwszego polskiego zwycięzcy Wyścigu Pokoju zakończonego przed kilkunastoma dniami. To właśnie na skutek opóźnień przy budowie Stadionu Śląskiego, meta III etapu zawodów miała miejsce na stadionie Ruchu Chorzów, a jako paradoks ówczesnych czasów można przytoczyć dziwną sytuację, która się wtedy wydarzyła. Otóż tamtego dnia, czyli 4 maja Ruch podejmował u siebie gościnnie zespół z NRD - Lokomotiv Lipsk. Na stadionie zjawiło się 45 tys. ludzi. Do przerwy chorzowianie przegrywali 0:2, ale już po kwadransie drugiej części spotkania Niebiescy cieszyli się z wyrównania. Po kolejnych dziesięciu minutach ostrego tempa mecz został przez sędziego przerwany, kiedy przez megafony ogłoszono, że czołówka Wyścigu Pokoju walczy już na ulicach Stalinogrodu (tak w okresie stalinowskim nazywały się wtedy Katowice) i wkrótce pojawi się na stadionie Ruchu.
Na Cichej sędzia rozpoczyna spotkanie pomiędzy Ruchem, a ŁKS-em. Mimo, że łodzianie potwierdzali dobrą formę, to jednak musieli już od pierwszych minut spotkania pogodzić się z faktem, że trafili na Ruch z jego najlepszych dni. W 17. minucie Cieślik zdobywa prowadzenie, a cały zespół jego jest bliski ideału gry w futbol. Ustawianie się, wychodzenie na pozycję, ogrywanie przeciwnika, przejmowanie piłki i strzały na bramkę mszczą się na przeciwniku. Cieślik w 29. minucie podwyższa wynik na 2:0!
Górny Śląsk był kolebką piłkarskich talentów. Lata 50-te były tego niezbitym dowodem. Cieślik, Brychczy, Floreński, Jankowski, Lentner, Nowak, Pohl, Masheli, Szymkowiak, Gawlik, Szymborski, Strzykalski to krajowi reprezentanci, którzy w stosunku do zawodników spoza Śląska stanowili przeważającą większość. Górnoślązacy cechowali się niespotykaną charyzmą, siłą, dyscypliną i wyszkoleniem. Wśród miejscowości, z których pochodzili, mocną pozycję miała Dąbrówka Mała. To właśnie z tej dzisiejszej dzielnicy Katowic pochodzili Pieda, Szymkowiak, Bem czy Szymborski. Ten ostatni pomimo udeptanej piłkarskiej ścieżki do chorzowskiego Ruchu, w przeciwieństwie do kolegów z KS 22 Małej Dąbrówki przeszedł do trzebińskiego Włókniarza.
Pierwsza połowa spotkanie zbliża się ku końcowi. Ruch po dwóch bramkach Cieślika prowadzi z łódzkim KS. Piątka chorzowskiego ataku jest trudna do pokonania, a para Cieślik - Alszer staje się niezrównana w swych sztuczkach i zagraniach. Siedem minut przed planowanym końcem pierwszej połowy do wykonania rzutu rożnego podchodzi niezawodny w takich chwilach Gerard Suszczyk. Dośrodkowuje prosto w Cieślika, który bez namysłu wykonuje fantastyczne nożyce i piłka ląduje w przeciwnym rogu niż oczekiwał łódzki bramkarz Szczurzyński. Cudowny majstersztyk, jedyny w swoim rodzaju hat-trick ustala wynik pierwszych 45 minut.
Henryk Szymborski szybko został dostrzeżony przez działaczy klubu "po branży" z centralnej Polski. Z Włókniarza Trzebinia przeszedł do łódzkiego Włókniarza (ŁKS). W meczu z Unią (Ruch) Chorzów 19 listopada 1950 roku (jego pierwszym przeciwko drużynie z Chorzowa) po jego strzale ŁKS obejmuje prowadzenie, a następnie dzieli się punktami z Niebieskimi po wyrównaniu Cieślika.
Przez następne lata Szymborski i Cieślik często stawali naprzeciwko siebie ze zmiennym szczęściem dla obojga. Gerard Cieślik zawsze w barwach Ruchu, Henryk Szymborski w Łódzkim Klubie Sportowym, od 1952 w ramach półtorarocznej służby wojskowej w CWKS Legii, później w Opolu i w końcu znowu w Łodzi. Rywalizowali ze sobą w ramach pierwszoligowych rozgrywek, jak i w Pucharze Polski. Kiedy występował w Odrze Opole narodziła się idea utworzenia w Katowicach silnego zespołu mogącego konkurować z ówczesną ligową czołówką. Do realizacji pomysłu oprócz Szymborskiego mieli dołączyć m.in. Jankowski, Kokot, a nawet Ernest Pohl. Nic z tego jednak nie wyszło. Katowice musiały poczekać jeszcze na zorganizowanie mogącej cokolwiek znaczyć drużyny, za to dwa lata później reaktywacja pomysłu dopełniła się w Zabrzu. Szymborski powrócił wcześniej do Łodzi.
Rozpoczęła się druga połowa meczu. Po przerwie wszyscy oczekują rekordowego zwycięstwa chorzowian. Publiczność nie zdaje sobie sprawy, że czeka ją niestety zawód.
Henryk Szymborski cieszy się ze zdobytego gola.
W kolejnych latach Cieślik i Szymborski niejednokrotnie występowali po tej samej stronie w szeregach polskiej reprezentacji. Darzący się sympatią dwaj Ślązacy spotykali się również poza boiskiem. Szymborski zawsze dobrze się wypowiadał o Cieśliku i Ruchu. Kto wie, może gdyby z Dąbrówki trafił do Chorzowa stworzyli by na tamte czasy z Alszerem, Cieślikiem atak całkiem trudny do zatrzymania. W tym czasie miał miejsce pamiętny mecz na Stadionie Śląskim przeciwko drużynie Związku Radzieckiego, kiedy to Gerard Cieślik zawstydził "Czarną Panterę", czyli doskonałego Lwa Jaszyna.
Ruch opada z sił i następuje popis ŁKS, który jest niemniej efektowny od pokazówki baletu piłkarskiego w pierwszej połowie. Szymborski idzie jak czołg, potrafiąc przy tym myśleć i podejmować decyzje godne arcymistrza gry szachowej, co daje efekt już na samym początku drugiej odsłony spotkania. W 49. minucie przy wyniku 3:1 w idealnej sytuacji do zdobycia czwartej bramki jest znowu Cieślik, ale piłka po jego strzale przechodzi milimetry obok słupka bramki łodzian. "Szymbor" chcąc dorównać wirtuozowi pierwszej połowy, mści się i zdobywa piękną drugą bramkę doprowadzając do wyniku kontaktowego.
Dwie wielkie piłkarskie osobowości. Wychowani wśród śląskich hut i kopalń podążyli odmiennymi drogami sportowej kariery. Cieślik wierny tradycji i przywiązany do jednego klubu. Szymborski udowadniający swoją jakość wyborowego napastnika w Łodzi, Warszawie, Opolu i Kudowie-Zdroju zapisał się szczególnie w historii jednego z europejskich stadionów. Mało kto dzisiaj pamięta, że to właśnie wychowanek TuS Bogutschutz z Dąbrówki Małej jako pierwszy europejczyk strzelił bramkę na stadionie Camp Nou w Barcelonie dnia 24 września 1957 roku, podczas meczu inauguracyjnego pomiędzy drużynami z Barcelony i Warszawy.
Jedna z akcji chorzowian pod bramką ŁKS. Szczurzyński asekurowany przez Barana wyłapuje górną piłkę.
Dwie bramki strzelone w drugiej połowie motywują jeszcze bardziej Szymborskiego. Chorzowianie zaczynają się bronić. Ataki łodzian kończą się celnymi strzałami na bramkę. Napastnik z Dąbrówki jest bliski zdobycia trzeciego własnego gola i dorównania Cieślikowi, ale na szczęście dla Ruchu broni doskonale Wyrobek i dzięki jego postawie nadzieje Szymborskiego muszą legnąć w gruzach. Wspaniały mecz dobiega końca, bardzo niewiele brakowało, aby drużyny podzieliły się na Cichej punktami i doszło do zdobycia klasycznych hat-trików przez Cieślika i Szymborskiego. Zapierające dech w piersiach widowisko, a szczególnie wkład liderów w ataku obydwu drużyn na długo zostanie w pamięci widzów. Po meczu wszyscy będą komentować rywalizację dwóch świetnych napastników, a na drugi dzień sportowe gazety zatytułują sprawozdania z meczu w nagłówku: "Cieślik - Szymborski 3:2!".
Henryk Szymborski zmarł 30 sierpnia 2008 roku w rodzinnej Dąbrówce Małej. Dziś za rzadko przypominany, kumplik Cieślika z boiska, który nie poszedł do Ruchu. Ślązak, który jako pierwszy człowiek z Europy zapisał się na liście strzelców na Camp Nou. Ale wtedy w 1956 musiał potwierdzić wyższość kumplika z Hajduk.
Za pomoc dziękujemy bratu Henryka Szymborskiego - Panu Marianowi Szymborskiemu.
Bibliografia:
"Sport", 21 maja 1956
"Przegląd Sportowy", 21 maja 1956
"Encyklopedia piłkarska FUJI - Ruch Chorzów", Gowarzewski, Waloszek 1995
źródło: Niebiescy.pl