Grzesiuk: "Ci ludzie, kibice, są niezwykle prawdziwi i mocni"
Data: 24.02.10; 14:07 Dodał: Neo
Łysy, wielki jak szafa kibic idzie do nieba. Kark ma szeroki jak udo Pudzianowskiego, po oczach biją niezliczone tatuaże. Święty Piotr jest nieufny. Lekko uchyla drzwi, ale po chwili orientuje się, że oto stoi przed nim kibic Ruchu! - Wejdziesz tylko dlatego, że jesteś z "niebieskiej rodziny" - zaprasza do środka.
Taka scena znajdzie się w filmie "Niebieskie ChachaRy". Pracę nad dokumentem, który ma ukazać fenomen Ruchu Chorzów i jego fanów, trwają już prawie dwa lata. Trudnego zadania podjął się Cezary Grzesiuk, chorzowski filmowiec i montażysta, znany m.in. z pracy przy filmach "Śmierć jak kromka chleba", "Pułkownik Kwiatkowski" czy "Ogniem i mieczem". Grzesiuk nakręcił już ponad 170 godzin materiału. "Gazecie" opowiada o kulisach pracy.
Wojciech Todur: Jacy są kibice Ruchu? Cezary Grzesiuk: - Sam zadaję im takie pytanie - "Czym różnicie się od innych?". Bo oni mówią o sobie, że są najlepsi. Nie wiem, jak wyglądają relacje w innych kibicowskich grupach, ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie w Chorzowie, to fakt, że oni są jak rodzina. Bardzo dobra rodzina. Obserwuję ich przez dwa lata i jestem pod wrażeniem ich bezinteresownej pomocy, wsparcia, zaradności.
Sam też Pan jej doświadczył? - W czasie realizacji filmu złamałem kręgosłup - spadłem z drzewa, montując huśtawkę dla dziecka. Dwa miesiące po operacji przyjechałem na kontrolę do szpitala w Piekarach Śląskich. Powinienem wybrać się pociągiem, ale gdy pomyślałem o tych wszystkich peronach, schodach i barierach, to ogarnęło mnie przerażenie. Wbrew zdrowemu rozsądkowi pojechałem samochodem. Już w drodze powrotnej do Warszawy, tuż przed Siewierzem, wystrzeliła mi opona. Zacząłem szukać pomocy. Najpierw zadzwoniłem do swojego ubezpieczyciela. Okazało się, że moja polisa nie obejmuje takich przypadków. Pogrzebałem w kieszeni, a tam zero gotówki. Dzwoniłem do kolejnych pomocy drogowych, ale wszyscy mi odmawiali. Nikt nawet nie chciał ze mną podjechać do najbliższego bankomatu. Około północy - w akcie desperacji - zadzwoniłem do kibica Ruchu. Pół godziny później było już po problemie. Przyjechał łysy, wytatuowany koleś. Wcześniej, gdy takiego spotykałem na ulicy, to zawsze przechodziłem na drugą stronę. Po trzech godzinach bezradności otrzymałem pomoc. Ot tak, za darmo. Tacy są właśnie dla siebie niebiescy kibice.
Są sobie bliżsi niż chociażby rodzina artystów, do której Pan należy? - Gdy leżałem w szpitalu z tym pośrubowanym kręgosłupem, to poczułem, jak ważne jest wsparcie drugiego człowieka. W telefonie mam ponad tysiąc kontraktów. To ludzie, którzy stanęli na moje drodze w czasie 25 lat zawodowego życia. Ilu było razem ze mną, gdy byłem w potrzebie? Naliczyłem trzy osoby.
Nie tak dawno do szpitala trafił kibic, który jest bohaterem mojego filmu. To także sportowiec, złamał rękę w czasie gali sportów walki w Spodku. Pomyślałem - kupię mu soki, jakieś owoce. Dobrze pamiętałem, że w takiej chwili człowiek nie powinien być sam. Wybrałem się do niego razem z synem. I co zobaczyłem? Do jego łóżka stała kolejka. Ustawiali się od samego rana! Zatroskani - "Co z Jankiem? Co z jego ręką?". To są właśnie ludzie, którzy uchodzą za margines, patologię. Jakie środowisko stać na zrzutkę, by odkupić koledze spalony samochód? Byłem świadkiem takiej akcji. Jeden z nich stracił auto. W ruch poszedł worek i za dwa tygodnie były pieniądze na nowe auto.
A jak to się w ogóle zaczęło? - Właśnie w tym miejscu, gdzie teraz rozmawiamy - w Chorzowskim Centrum Kultury. Autorem pomysłu jest Rysiek Sadłoń. Zapraszał mnie do ChCK-u z różnymi filmami i wiercił dziurę w brzuchu. "Tyle już w życiu filmów zrobiłeś. Czas, byś zrobił coś i dla Chorzowa" - powtarzał.
Nie było trudno mnie przekonać, nabrać (śmiech ). Chorzów, Śląsk - to moje życie. Moje smutki i radości. Wyemigrowałem do Warszawy za pracą, za chlebem. Ale, gdy ktoś mnie pyta, gdzie żyje się lepiej, to nie potrafię nawet opisać, porównać, jak dużo lepiej żyje się na Śląsku.
Wspominał Pan, jak ciężko było zdobyć zaufanie kibiców Ruchu. Miał Pan chwile zwątpienia? - Cały czas mam. Ten temat jest jednak tak prawdziwy, autentyczny. Wywołuje we mnie takie emocje, że absolutnie wierzę, że to się nadaje na film! Sztuka, żeby była prawdziwa, musi być szczera. I pod tym względem mam komfort pracy. Nie muszę nic kombinować, dopisywać, oszukiwać. Ci ludzie, kibice, są niezwykle prawdziwi i mocni.
Trzyma się Pan scenariusza, który nakreślił przed rozpoczęciem prac? Kto jest bohaterem filmu? - Niektórych scen nie udało się zrealizować, ale powstały i takie, o których nawet nie marzyłem. Bohater jest zbiorowy. Szukałem tych, którzy staną przed kamerę i powiedzą, co myślą. To okazało się najtrudniejsze. To zamknięta grupa, która często ma problemy z prawem. Tacy ludzie nie potrzebują rozgłosu. Tymczasem ja nie chciałem kolejnego filmu, w którym goście odwracają się tyłem do kamery, zakładają kaptury, a dźwiękowiec zmienia im głos. Taka sensacja mnie nie interesuje. U mnie zobaczycie ich twarze, poznacie pseudonimy. Zaręczam, że policja ma teczki większości z nich i bez trudu - jeżeli tylko będzie chciała - dopasuje pseudonim do nazwiska.
Był jakiś punkt zwrotny we wzajemnym poznawaniu? - To był proces. Zbliżanie się krok po kroku. Oni w grupie są często nieprzewidywalni. Impulsywni w działaniu i okazywaniu emocji. Dlatego tak ważnym było dotarcie do jednostek. Niebywała rzecz. Jeden z moich bohaterów jest górnikiem. To kibic z dziada pradziada - dzięki któremu powstały niezapomniane sceny w kopalni. Chłopak zaprosił pod ziemię trzech piłkarzy Ruchu, a ja towarzyszyłem im z kamerą. Piękna scena! Pół roku musiałem chodzić za tym, żeby się udało. Potrzebna była zgoda kopalni, klubu, marketingu, pani prezes... Pół roku pracy - jedna scena. Ale było warto!
Nie obawia się Pan, że zostanie posądzony o gloryfikację chuligaństwa? - Im dłużej żyję w tym naszym zorganizowanym systemie, tym staję się większym anarchistą. Zanim odpowiem na to pytanie, to opowiem o swoich doświadczeniach z policją. Nie potrafię rozmawiać z policjantami, bo mam wrażenie, że oni nie chcą mnie słuchać. Pamiętam, jak sponiewierano mnie psychicznie i fizycznie, bo nie pozwoliłem wciągnąć swojego samochodu na lawetę. A przecież chciałem dowieźć to cholerne OC! Ale dlaczego ja o tym wszystkim mówię? A dlatego, że policja może się wypowiedzieć w mediach. Grzegorz Lato (prezes PZPN-u) też, a kibicom nikt dotąd głosu nie dał. Czy to będzie gloryfikacja chuligaństwa? Nie. Jestem bezstronny. Nie oskarżam ani nie bronię policji. Daje kibicom głos. Wypadło na niebieskich, bo jestem stąd, z Chorzowa.
Jakie są relacje kibiców i policjantów? - Przez dwa lata naoglądałem się wiele. Widziałem, jak chłopak wybił policjantowi dwie jedynki i teraz grozi mu więzienie. Ale też widziałem, a właściwie słyszałem, jak w tłumie pada słowo "Kur !", a policjant odpowiada - "To twoja matka!". Czy takie zachowanie nie powoduje agresji?
To wszystko zobaczymy w tym filmie? - Wszystkiego, niestety, nie. By zdobyć zaufanie, akceptację kibiców, musiałem iść na pewne ustępstwa. Nie tak dawno siedzieliśmy przez pięć godzin i wspólnie analizowaliśmy pierwsze zmontowane sceny filmu. Wypadnie może jeden procent z tego, co wejdzie do filmu. Moim zdaniem to niedużo. Brakuje mi pieniędzy na zakończenie tego projektu, ale z drugiej strony mam ten komfort, że nikt mnie nie straszy cenzurą, bo przecież miasto czy klub nie dały na ten film nawet złotówki.
Jeździł Pan z kibicami także na mecze wyjazdowe? - Są wyjazdy, na które może jechać każdy, są i takie zarezerwowane dla nielicznych. Pamiętam wyjazd na Arkę Gdynia - to ten z tych dla nielicznych. Czwarta rano, tajna zbiórka na dworcu PKP w Chorzowie Batorym. Kibice widzą na peronach tajniaków i już wiedzą, że ich telefony są na podsłuchu. Przyjechałem do Chorzowa o drugiej w nocy i jeszcze na minutę przed odjazdem nie widziałem, czy wsiądę do pociągu.
Byłem tak przerażony tą grupą, że do Piotrkowa Trybunalskiego baliśmy się z operatorem wyciągnąć kamery. W czasie tego wyjazdu po raz pierwszy doświadczyłem, że kibic jest traktowany jak zwierzę. Od Gdyni dzieliło nas 16 godzin jazdy. Kibice położyli się spać, a ja postanowiłem, że napiję się kawy. Wagon Warsu był tuż obok. Doszedłem jednak tylko do drzwi. Pan z prewencji powiedział mi, żebym się grzecznie cofnął, bo nigdzie stąd nie wyjdę.
Po 16 godzinach jazdy wychodzimy na peron, a po chwili na ulicę. Cały czas w kordonie policji. Nie mogę opuścić go nawet na chwilę, żeby umyć sobie ręce czy napić się oranżady. Wchodzimy na stadion - do klatki, otoczonej drutem kolczastym. Trzy godziny meczu, kordon, i do pociągu. Znowu 16 godzin w zamknięciu. Jak zwierzę! Każdy psycholog to potwierdzi, że po takim upodleniu ludzie stają się agresywni. W drodze powrotnej sam chciałem rwać te półki w pociągu.
Zachowanie policji też często jest nie do przyjęcia. W Niemczech, Anglii czy we Włoszech spotkań piłkarskich nie zabezpieczają policjanci w pełnym rynsztunku. Nad głowami kibiców nie krąży helikopter. Tymczasem w Polsce na mecze jeżdżą robocopy. Raz obserwowałem takiego przez bite 90 minut. Dreptał z nogi na nogę. W ręce miał odbezpieczonego shotguna, a palec cały czas na cynglu. Ile potrzeba, żeby za niego pociągnął?
05.01 - 20.01 - treningi w Chorzowie
17.01 g. 12:00 - sparing: Puszcza Niepołomice 1:1 Ruch
21.01 g. 11:00 - sparing: Polonia Bytom 0:4 Ruch 21.01 - 24.01 - zgrupowanie w Wałbrzychu
24.01 g. 13:30 - sparing: Śląsk II Wrocław 2:1 Ruch 26.01 - 07.02 - treningi w Chorzowie
31.01 - sparing: Ruch - Odra Opole
08.02 g. 14:30 - 20. kolejka I ligi: Ruch - Śląsk Wrocław
* Więcej informacji o sparingach można zobaczyć po najechaniu na