Od kiedy trener Wleciałowski postawił na niego w meczu pucharowym w Nowogrodźcu, nie opuścił na boisku ani minuty! W lidze i pucharze rozegrał już 990 minut i nic nie wskazuje na to, by na tym jego licznik miał się zatrzymać. Wysoka dyspozycja
Michała Osińskiego sprawia, że nadal warto na niego stawiać. W spotkaniu ze Stalą Stalowa Wola udało mu się, wraz z kolegami z obrony, zachować czyste konto, zaś jego drużyna wygrała 2:0.
- Po przegranym meczu z Jagiellonią mówiło się, że dostaniecie kopa, a tymczasem dzisiejszy mecz pokazał, że był to zaledwie "kopniaczek".
- Zgodzę się z tym. Daliśmy z siebie wszystko, ale ewidentnie nam nie szło. Jednak liczy się wygrana, to jest podstawowa sprawa. Rozumiem zdenerwowanie kibiców, ale myślę, że najważniejsze jest to, iż możemy się cieszyć z kompletu punktów.
- Kompletu, który jednak został mocno wymęczony...
- Stworzyliśmy sobie sytuacje, ale również pojawiło się dużo błędów z naszej strony. Można powiedzieć, że Stal nie wybiła nas z rytmu, ale to my sami się z niego wybiliśmy.
- Z przodu sytuacji było co nie miara.
- To jest chyba właśnie to, że chcieliśmy się odbudować po nieszczęśliwej przegranej z Jagiellonią, gdzie byliśmy lepsi. Dzisiaj nam się grało gorzej, ale na szczęście efekt jest inny.
- Może zbyt mocno chcieliście się zrehabilitować?
- Bardzo tego pragnęliśmy. Stalowa Wola wiedziała o tym, że będziemy grali o trzy punkty i starali nam się przeszkadzać. W zasadzie już w 30 sekundzie mogliśmy strzelić bramkę. Mecz wtedy by się ładnie ułożył. No, ale co zrobić... Trzeba grać dalej, nawet jak nie idzie.
- Druga bramka pewnie was uspokoiła. Przyznasz, że gdyby nie trafienie Łudzińskiego, to byłoby pod koniec bardzo nerwowo?
- No, jeśliby nie strzelił, to mogło być nerwowo, bardzo nerwowo. Dobrze, że Przemek zrobił, to co do niego należało.
- Zwycięstwo jak najbardziej zasłużone, ale pewnie kilka rzeczy będziecie musieli poprawić?
- Oczywiście. Przede wszystkim musimy poprawić dokładność w zagraniach oraz zachować większy spokój na boisku. Kibice się denerwują, my tak samo się denerwujemy, a chodzi o to, żebyśmy konsekwentnie robili swoje.
- Może także więcej treningów strzeleckich by się przydało?
- Z ta skutecznością u nas jest tak sobie. Na pewno w następnym tygodniu również będzie trzeba nad tym popracować.
- Dużo nadziei pokładano w osobie Grażvydasa Mikulenasa. Ten jednak nie może się przełamać.
- Tak to jest z napastnikami. Raz strzelają jak na zawołanie, drugi raz nie potrafią strzelić do pustej bramki. Wierzę, że "Miki" w końcu się odblokuje.
- Czy nie obawiasz się, że ta górna granica waszych możliwości została już osiągnięta?
- Nie da się ukryć, że wszystkie drużyny, które przyjeżdżają do Chorzowa stawiają na defensywę. Po prostu boją się Ruchu. W każdym meczu będzie się nam ciężej grało. Zobaczymy jak będzie w drugiej rundzie, bo czeka nas wiele wyjazdów.
- Rozhulałeś nam się na obronie.
- Czy się rozhulałem? (śmiech) Ciężko powiedzieć. Czasami trafiają się jakieś niewymuszone straty. Jest jeszcze trochę do poprawy i na razie nie ma się czym ekscytować.
- Kolejny mecz z Unią Janikowo. Wyjazd daleki, ale czy okaże się szczęśliwy?
- Pojedziemy tam po trzy punkty. Wypadałoby wygrać te trzy ostatnie mecze, żeby się umocnić w czołówce. Tak, jak powiedziałem druga runda jest trudniejsza, a my musimy zdobyć dużo punktów, by myśleć o awansie.
- Wreszcie jesteście liderem, i choć może tylko do soboty, to na pewno pierwsze miejsce w tabeli musi cieszyć.
- Chciałbym, żebyśmy je utrzymali.
- A jeżeli utrzymacie, to czy nie uważasz, że znacznie trudniej atakuje się ekstraklasę z pierwszego miejsca?
- Większość klubów obawia się Ruchu. I to czy będziemy na pierwszym, drugim czy trzecim miejscu tego nie zmieni. My musimy wygrywać. Nie zastanawiamy się z kim gramy, tylko nad tym, aby walczyć w każdym kolejnym meczu.
- Czyli w niedzielę uważnie będziecie nasłuchiwać wieści z Bydgoszczy?
- Tak. Będziemy czekać na potknięcie Zawiszy w meczu z Lechią.