Kiedy niecałe pół roku temu przychodził do Ruchu Chorzów kibice nie kryli radości. Wiedzieli oni bowiem, że jego podniebienie jest niebieskie i że dla tego klubu zostawi na boisku całe serce. Wojciech Grzyb – bo o nim mowa – nie zawiódł swoich sympatyków. W rundzie wiosennej zaliczył 7 asyst i strzelił 1 bramkę.
Popularny „Grzybek” w przyszłym sezonie zamierza ten rezultat mocno podreperować. O odejściu z Ruchu nie ma mowy!
- W meczu z Polonią Bytom kilka bramek padło. Przy ilu udało ci się asystować?
- No, nie wiem ile mi zaliczycie (śmiech). Myślę, że 3 były. Swój udział miałem też przy bramce Mariusza, bo ja zagrywałem piłkę do „Mikiego. To taka asysta – jak to „Bizak” mówi – drugiego stopnia. No, ale przy tej pierwszej akcji, kiedy strzelili sobie samobójczą bramkę ja też dośrodkowywałem. Jeśli zostaną uznane 3 asysty, to będzie to mój pierwszy taki epizod.
- Niestety nie udało ci się strzelić w tym meczu bramki.
- Nie udało się. Dlatego ja nie jestem zadowolony z tego spotkania, pomimo iż wynik jest wysoki. Co prawda po moim strzale piłka wpadła do siatki, ale niestety Mariusz Śrutwa dotknął ją ręką i dostał nawet za to żółtą kartkę. Potwierdziło się to, że nie jestem strzelcem wyborowym, a jednak moją domeną są asysty. I jak sobie to podliczę, to w Ruchu mam ich siedem, a z poprzedniej rundy, z występów w Odrze doliczam jeszcze trzy. W sumie dziesięć, więc chyba to nie jest wcale taki zły wynik. Na około 30 meczów... No, najgorzej nie jest, aczkolwiek powinno być lepiej. Myślę, że w przyszłym sezonie będzie ich więcej.
- Biorąc pod uwagę całą rundę wiosenną, jak oceniasz swoje występy?
- Na inaugurację rundy, w meczu z Zagłębiem Sosnowiec grałem 70 minut, ale na boisku byłem niewidoczny, bo kontuzja kostki dawała znać o sobie. Powiem szczerze, że nadawałem się do zmiany już po 10 minucie gry, ale ambicja nie pozwalała mi poprosić o zmianę. Dopiero tak od meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki, nieszczęśliwie przegranego, zaczynałem być sobą. Potem przyszło spotkanie z Heko Czermno, które mogło być w miarę pozytywnie ocenione przez kibiców. No i potem już coraz lepiej, a teraz w sobotę to już zupełnie nieźle. Zabrakło tylko bramki. Myślę, że te ostatnie mecze są dobrym prognostykiem na kolejny sezon. Mam nadzieję, że będę jednym z takich ogniw, które będą napędzały grę Ruchu.
- Twój wzrost formy szybko został doceniony przez kibiców.
- No tak. Chłopcy w szatni śmieją się ze mnie, że na każdym kroku dziękuję kibicom. Co tu dużo mówić. Przychodziłem w zimie. Przywitali mnie jak swojego. Pamiętam, że aż ciarki po plecach mi przechodziły, kiedy podczas prezentacji drużyny wychodziłem na środek. Podkreślam to cały czas, że kibice są ze mną na dobre i na złe. Nawet kilku zapaleńców w Siemianowicach śpiewa mi przed blokiem. Tak więc wreszcie znalazłem swoje miejsce. Zostaję jeszcze przez rok w Ruchu. Nie myślę o jakiejkolwiek przeprowadzce. Życzyłbym sobie, żeby odwdzięczać się kibicom coraz lepszą grą, bo wiem, że stać mnie na więcej. Śmieję się, bo może gdyby Mariusz Śrutwa wykorzystał więcej moich podań, to może bym go przegonił w tych asystach (śmiech).
- Co poczułeś gdy we wczorajszym meczu wychodziliście na drugą połowę, a na trybunach pojawiła się ta efektowna choreografia? Powiedziałeś sobie w duchu: Tak, moje życie jest niebieskie?
- Przede wszystkim zacząłem klaskać. To, że moje życie jest niebieskie nie ulega żadnej wątpliwości. Wymowne jest to, że moja córka, która ma cztery lata uwielbia kolor niebieski. Jak chce mieć jakąkolwiek zabawkę, to musi być niebieska. Obojętnie czy to wiaderko, czy maskotka. Natomiast patrząc na mnie... Moje serce jest niebieskie, moje oczy są niebieskie. Myślę, że jestem skazany na ten klub i oby to trwało jak najdłużej. Nie jestem już pierwszej młodości, ale zrobię wszystko, by ta przygoda z Ruchem trwała jak najdłużej.
- Kiedy tata wraca do domu, córka śpiewa „Grzybek, Grzybek K.S. Ruch”?
- Na razie nauczyła się „Niebiescy gola”. Żona opowiada mi, że jak córka zaczyna śpiewać na trybunach, to ludzie się obracają i patrzą na nią z podziwem. Oczywiście na każdym meczu ma szalik z herbem Ruchu. Ja jestem z niej bardzo dumny. Mam nadzieję, że ona kiedyś będzie dumna z taty. Moje malutkie marzenia, jak widać, zaczynają się spełniać. Warto było czekać te kilkanaście lat, by móc teraz to wszystko przeżywać. Jesteśmy w drugiej lidze, to prawda, ale może to się wkrótce zmieni. Na pewno ten klub i ci kibice zasługują na to, by tu była pierwsza liga.
- Będziecie o to walczyć w następnym sezonie?
- Jasne, że tak. Ja już posmakowałem gry w lidze. Wczoraj „Miki” spytał się mnie ile ja mam meczów rozegranych w lidze. Mam 160. Chciałbym doczekać tego 200 meczu właśnie tutaj, w niebieskich barwach. Może się to nie udać. Ja sobie zdaję sobie z tego sprawę, że wiele czynników na to wpływa. Bo chcą kibice, chcą piłkarze, chce zarząd, ale ktoś może się okazać lepszy w rywalizacji sportowej. Jeśli zagram w ekstraklasie, to życzyłbym sobie aby to było w barwach Ruchu.
- Szkoda, że teraz zabrakło tych kilku punktów.
- Niedosyt jest spory, chociaż jak spojrzę na nasz dorobek w tej rundzie, to zdobyliśmy 30 punktów i bardzo wiele bramek. W pierwszej rundzie byłem świadkiem niezłego meczu na Piaście Gliwice, niestety oglądałem także spotkanie z Podbeskidziem Bielsko Biała, kiedy straciliśmy cenne trzy punkty. Do tego dochodzi spotkanie w Jaworznie, kiedy nie byliśmy jeszcze zgraną ekipą, ale mimo to graliśmy z przewagą jednego zawodnika. Takie mecze trzeba wygrywać. Ta drużyna w całej rundzie zdobyła tylko 7 punktów. Co to jest 7 punktów? To była najsłabsza ekipa w tej lidze, a my tam zremisowaliśmy i straciliśmy dwa punkty. Następnie mecz z Finishparkietem. Ja się biję w pierś, bo gdybym strzelił bramkę na 3:1, to byłyby znów dwa punkty więcej. Może my bylibyśmy dzisiaj na miejscu barażowym. Czekałaby na nas Arka, która na pewno by się nas obawiała.
- Trener Wleciałowski powiedział, że to zakończenie sezonu nie jest przez was odbierane jako poczucie następującej ulgi, ale jako konieczność do odpoczynku. Czy rzeczywiście to zmęczenie nie dawało się we znaki?
- Tak się złożyło, że ja grałem we wszystkich 17 meczach. Bardzo się cieszę, że nie musiałem pauzować za kartki, ani z powodu kontuzji. A przyznam, że obawiałem się następstwa operacji, którą przechodziłem w grudniu. Udało się zagrać we wszystkich spotkaniach – z różnym skutkiem. Powiem szczerze, że czuję się lekko zmęczony fizycznie, ale na pewno nie psychicznie. Z tego względu, że ta drużyna jest świetna. Tworzymy wspaniały kolektyw, jest trener który widzi tą naszą jedność. Nie wiem czy ktoś o tym wie, ale ja po meczu ze Śląskiem powiedziałem na niedzielnym rozbieganiu do Mariusza: Ile zostało meczów do końca? On odpowiedział: 10. Więc mówię: Chodźcie, zamknijmy sklepik i nie przegrajmy do końca rundy. Po meczu z Polonią Bytom stało się to realne, choć sam w to nie wierzyłem. Z każdym meczem ta wiara narastała, ale nie wierzyłem, że można nie przegrać 10 meczów. Pamiętam, jak przegrałem 8 spotkań pod rząd w Odrze Wodzisław – wyczyn naprawdę nie lada. A teraz my nie przegrywamy przez 10 spotkań, z tego tylko 3 remisujemy. Zrobiliśmy mnóstwo punktów. Tak naprawdę ten urlop to jest przerywnik i chcemy by od następnego meczu w lidze, a nawet sparingu ta passa trwała, żebyśmy dalej nie przegrywali. Czasami meczu nie można wygrać, więc trzeba go zremisować, tak jak na Podbeskidziu ostatnio.
- Jak zatem spędzisz te dwa tygodnie wolnego?
- Od trzech lat nie byłem na takim prawdziwym urlopie. Wylatuję z rodziną do Tunezji na tydzień. Plan jest taki, że ja będę leżał przez te siedem dni na leżaku pod parasolem z książką w ręce. To wszystko.