Chciałoby się bardzo wygrać ten mecz - to były ostatnie słowa trenera Waldemara Fornalika przed gwizdkiem lubelskiego arbitra Tomasza Mikulskiego, dającego sygnał piłkarzom do wejścia na murawę Stadionu Śląskiego. Trener Ruchu nie okazywał oznak zdenerwowania. Uśmiechał się też szkoleniowiec poznańskiego Lecha, Franciszek Smuda, ale widać było, że obaj dżentelmeni bardzo mocno we wnętrzu przeżywają ten najważniejszy mecz sezonu.
W tym czasie na trybunach panowała wspaniała atmosfera, godna wielkiego piłkarskiego święta.- Dlaczego organizatorzy nie zwrócili się do mnie... - zastanawiał się opiekujący się obiema drużynami z ramienia PZPN, Kazimierz Greń. - Szkoda, że tylko 25 tysięcy ludzi mogło wejść na ten stadion. Taką dyspozycję wydał chyba ktoś niższy szarżą. Ja bym spokojnie załatwił zgodę z "generałem" na co najmniej 35 tysięcy kibiców. Taki mecz powinien oglądać komplet widzów. Poza tym uważam, że tylko Stadion Śląski, obiekt z wielkimi tradycjami, jest godną areną tego finału.
Podobną opinię wyraził prezes Grzegorz Lato, który do Chorzowa dotarł 10 minut przed rozpoczęciem wtorkowego spotkania, a po końcowym gwizdku uroczyście wręczył poznaniakom okazałe trofeum, a obu zespołom - okolicznościowe medale. - Musimy koniecznie podnieść rangę Pucharu Polski - twierdził dobitnie. - W tym roku było sporo zamieszania z tymi rozgrywkami, zmienialiśmy termin finału, ale zapewniam, że tak się działo ostatni raz. Od przyszłego roku data finału będzie sztywna (3 maja - przyp.red.). Bardzo chciałbym też, żeby te spotkania odbywały się właśnie w Chorzowie. Nie wiem, czy będzie to możliwe w kolejnej edycji, bo Stadion Śląski czeka remont. Ważne jednak jest, by taki mecz oglądał komplet publiczności.
Na wczorajszym meczu pokazało się wiele znakomitości. Radosław Gilewicz, Mariusz Śrutwa i kilku innych chorzowskich uczestników pamiętnego finału sprzed 16 lat, w którym Ruch drugi przegrał z GKS Katowice w rzutach karnych, spotkało się przed meczem w pizzerii "Piccorino", prezesa piłkarek ręcznych chorzowskiego Ruchu, Klaudiusza Sevkovicia, by powspominać tamto spotkanie. W ich zgodnej opinii wtorkowy pojedynek mogli wygrać tylko "Niebiescy". "2-1" i "1-0" typowali - odpowiednio - Śrutwa i Gilewicz. Po końcowym gwizdku spuścili więc nosy na kwintę...
W chwili rozpoczęcia meczu w Chorzowie już nie padło, choć jeszcze do późnego popołudnia nad miastem wisiały ciężkie chmury, zsyłające na Śląsk ścianę deszczu. - Opatrzność nad nami czuwała, będzie dobrze - zapewnił właściciel Ruchu, Mariusz Klimek. Tego dnia miał co prawda zaplanowany ważny wyjazd służbowy za granicę, nad interesy przełożył jednak najważniejszy mecz Ruchu w nowożytnej - jak określił - historii chorzowskiego klubu.
źródło: Sport