Tylko błyskawiczna akcja lekarza zespołu gości i masażysty gospodarzy zapobiegła tragedii na boisku. Na szczęście udało się uratować życie piłkarza "Jagi" Bartłomieja Dołubizny.
Wczorajsze spotkanie drużyn występujących w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy, Ruchu Chorzów i Jagiellonii mogło się zakończyć tragicznie. Był początek spotkania, kiedy nagle przez nikogo nie atakowany młody pomocnik "Jagi" zemdlał i upadł na ziemię.
– W pierwszej chwili wszystko wyglądało bardzo źle i wydawało się, że może dojść do tragedii. Na szczęście skończyło się dobrze – relacjonował Sławomir Kopczewski, trener młodzieżowej drużyny Jagiellonii.
Na szczęście z ławki rezerwowych gości od razu zerwał się spiesząc z pomocą lekarz Jagiellonii, Paweł Malinowski. Tuż za nim wieloletni masażysta Ruchu, Jacek Bas. Obydwaj natychmiast reanimowali chłopaka, zadbali o to, by nie połknął swojego języka i wezwali karetkę pogotowia. Dzięki błyskawicznej reakcji dwóch bohaterów, wystarczył krótki pobyt w szpitalu i Dołubizna wraz z kolegami z zespołu udał się w podróż do domu.
Według szkoleniowca wpływ na zasłabnięcie piłkarza mogła mieć… biegunka, która piłkarza niepokoiła w nocy. – To mogło być odwodnienie. Niestety Bartek pewnie się wstydził i dlatego nam o tym nie powiedział. No cóż… młodzieńcza fantazja… – kręcił głową trener.
Wytłumaczenia całego zajścia szukał też jeden z bohaterów wczorajszego meczu. – Było bardzo ciepło, może dlatego zasłabł? A może był przemęczony po długiej podróży z Białegostoku do Chorzowa? Najważniejsze jednak, że szybko dostał właściwą pomoc – skromnie tłumaczył Bas.
– Akcja była przeprowadzona błyskawicznie. Można powiedzieć, że wzorcowo – dodał Kopczewski, który nie wyglądał na zmartwionego wynikiem wczorajszej potyczki z młodym Ruchem (1-4). – Cieszę się, że z Bartkiem wszystko jest w porządku… Po obserwacji w szpitalu ma z pojechać razem z nami do domu – mówił z wyraźną ulga.
źródło: Fakt