Choć od Świąt Wielkanocnych minęło już trochę czasu, postanowiłem wrócić do wydarzeń, które miały miejsce w Wielką Sobotę. Otóż po raz pierwszy od dłuższego czasu wybrałem się na mecz piłki nożnej.
Miałem trochę obaw, bo przeciwnik niewygodny, a i przecież w tygodniu Niebiescy grali w pucharze. Na szczęście atmosfera przedmeczowa rozwiała wszelkie moje wątpliwości. Wokół stadionu mnóstwo stoisk z pamiątkami, akcesoriami kibicowskimi i programami meczowymi. Żadnego ścisku w bramach wejściowych, chociaż to przecież stadion na który wchodzi ponad 40 tysięcy widzów, a zanosiło się na komplet. Poza tym jak wiadomo, dość szczegółowa kontrola dotyczy każdego kto przechodzi przez kołowrotek, co spowalnia trochę wejście na trybuny. W kafejkach stadionowych spokojnie, bez kolejki można było kupić napoje czy też coś ciepłego do zjedzenia. Tłok panował tylko w sklepie z oficjalnymi pamiątkami, gdzie z okazji Świąt była dość znaczna obniżka cen koszulek, dresów, szalików i tego wszystkiego co każdy kibic lubi mieć.
W końcu na murawę wybiegli Niebiescy gromko przywitani przez nielicznych jeszcze co prawda widzów, którzy już zasiedli w czystych i wygodnych krzesłach na sektorach. Przecież wiadomo, wyjazdowa wygrana w Pucharze zawsze podnosi morale drużyny. Ci, którzy byli tu pierwszy raz, byli informowani przez niezwykle miłych ochroniarzy, gdzie mają swoje miejsca. Z minuty na minutę trybuny się zapełniały i w końcu tuż po odśpiewaniu hymnu klubowego sędzia rozpoczął mecz. Emocji było co nie miara, chociaż po pierwszej połowie, a zwłaszcza po 65 minutach gry nic na to nie wskazywało... Ale przecież 4:0 na 20 minut przed końcem meczu to nie powód, aby się poddać, więc goście zabrali się do roboty i prawie udało im się doprowadzić do wyrównania. Na szczęście do tego nie doszło i Niebiescy dopisali na swoje konto kolejne 3 punkty. Szkoda tylko, jak stwierdził mój syn, że nie zagrał Ebi. Nic to. Po meczu podeszliśmy z pomocą przyjaźnie nastawionych ochroniarzy i policjantów do autokaru gości i wtedy mogliśmy z synem uciąć sobie małą pogawędkę ze Smolarkiem, jak również zrobić sobie z nim pamiątkową fotkę. Po czym spokojnie opuściliśmy teren stadionu i dojechaliśmy do centrum miasta...
Pewnie zadajesz sobie pytanie Drogi Czytelniku po co ja to piszę? Nie po to żeby się pochwalić, że byłem na meczu Chelsea-Bolton, tylko żeby uzmysłowić tym, którzy doprowadzają nasz ukochany klub po raz kolejny do upadku, że tak można i nawet trzeba... I mam tu na myśli w równym stopniu "piłkarzy", którzy niestety nie zdają sobie sprawy, że nie robią nikomu łaski biegając po boisku. Mam tu na myśli trenera, który nie potrafi się przyznać do błędów i powiedzieć: "sorry dałem d..." oraz mam tu na myśli działaczy, którzy swoją kompletną ignorancją doprowadzają do tego, że na mecz Ekstraklasy są otwarty tylko DWIE bramy... I mam gdzieś w Waszym Drodzy Kibice imieniu, przeprosiny nowego rzecznika prasowego. Nie zdziwię się jednak, kiedy na kolejny mecz nie trzeba będzie otwierać żadnej bramy, bo nikt na ten mecz nie przyjdzie!
P.S. Wojtku, kapitanie! Ciebie te słowa nie dotyczą! Przecież wszyscy wiemy, że sam meczu nie wygrasz.
Bogdan Kalus