W barwach Ruchu Chorzów Edward Herman rozegrał 179 spotkań, strzelając w nich 74 gole. W 1968 roku zdobył z "Niebieskimi" tytuł mistrza Polski, ale najtrudniejszy mecz rozgrywał wiele lat po zejściu z boiska, gdy do końca wspierał ciężko chorego kolegę z boiska. Odszedł nagle w wielkanocny poniedziałek...
Niezwykle aktywny, towarzyski i uczynny... Tak zapamiętamy Edwarda Hermana, jednego z najlepszych napastników w dziejach Ruchu Chorzów, mistrza Polski z roku 1968. Jeszcze kilka dni temu umawiał się z kolegami na swoje 72 urodziny. W sobotę oglądał, jak zawsze, mecz "Niebieskich", w poniedziałek wielkanocny odszedł na zawsze. Nagle...
W barwach Ruchu rozegrał 179 spotkań, strzelając w nich 74 gole. Część z nich złożyła się na tytuł mistrza Polski wywalczony w 1968 roku. Urodzony 22 kwietnia 1937 roku Edward Herman, długo, bo aż do 1964 roku, reprezentował barwy Dębu Katowice, w którym zaczynał swoją piłkarską karierę i w którym grał i działał jego ojciec. W ekstraklasie zadebiutował dopiero w 1965 roku, w wieku 27 lat, ale zdążył na trwałe zapisać się w ligowej historii.
Już wcześniej jego niebagatelny talent został zauważony w kraju. Grał w reprezentacji Polski juniorów i młodzieżówce. Zanim trafił do Ruchu, kusiły go inne kluby. - W Dębie było mi jednak bardzo dobrze - wspominał niedawno na łamach "Sportu". To tam wywalczył wraz z kolegami awans do drugiej ligi. Pracował jako telefonista na kopalni "Gottwald" i kilka razy w tygodniu musiał zjeżdżać pod ziemię, ale nie narzekał. Kopalnia dbała o swoich zawodników.
Potem pojawiły się oferty z Cracovii, Zagłębia i Ruchu. Ostatecznie dołączył do "Niebieskich". Na Cichą trafił wraz z Józefem Gomoluchem, który przyszedł w tym samym czasie do Ruchu ze Świętochłowic. Razem na boisku, razem poza nim. Do samego końca. Kiedy po latach samotny Gomoluch ciężko zachorował, Edward Herman był przy nim do ostatniego dnia. Wraz ze swoją żoną pomagał przyjacielowi w biedzie, jak tylko mógł. Zakupy, pranie, wspólna kolacja wigilijna.... Jak trzeba było, to nawet karmił. Taki był Edward Herman. Miał swoje zdanie, niczego nie udawał. Przyjaźni też. Przede wszystkim przyjaźni. Opiekując się, chorym i opuszczonym przez bliskich, kolegą z boiska, dał piękne świadectwo pojęcia "chorzowskiej rodziny". Tak właśnie ją pojmował, tak pojmowali ją przed laty piłkarze Ruchu. To był na pewno najtrudniejszy mecz, w jakim brał kiedykolwiek udział.
Edward Herman był, jak twierdzą naoczni świadkowie, nieustępliwym zawodnikiem. Grając w ataku, sprawiał obrońcom przeciwnej drużyny mnóstwo roboty. Był waleczny, nieustępliwy. - Nogi nie odstawiałem - przyznawał po latach. Może dlatego do dziś pozostaje tym zawodnikiem Ruchu, który strzelił najwięcej goli w Wielkich Derbach Śląska. A były to czasy, gdy właśnie Górnik Zabrze rządził i dzielił nie tylko na krajowych boiskach. O rywalach zawsze mówił z szacunkiem. Przed ostatnimi derbami na Stadionie Śląskim, gdy wraz z Janem Banasiem odbierał nagrodę dla wybitnych zawodników obu wielkich klubów, mówił: - Do dziś mogę wymienić kadrę Górnika z tamtego okresu... - i czynił to jednym tchem, a potem to samo z zespołem Ruchu. - Wymieniam te nazwiska nie po to, żeby pochwalić się dobrą pamięcią, ale żeby dzisiejsi kibice je zapamiętali, bo każdy z tych piłkarzy na to zasłużył - oznajmił.
Tak, nazwisko Edwarda Hermana trzeba zapamiętać. Wielki piłkarz o wielkim sercu! Jutro, w czwartek o godz. 8.45 pożegnamy Go w kościele p.w. Św. Floriana w Chorzowie.
źródło: Sport