Słowaccy piłkarze Ruchu Chorzów święta Wielkiej Nocy spędzają w rodzinnych domach, zgodnie z obowiązującymi tradycjami.
Dla Martina Fabusa bardzo ważny jest pierwszy dzień świąt, którym Słowacy spotykają się z rodzinami oraz biorą udział w uroczystościach mszalnych. - Niedziela to czas kościelnych nabożeństw. Staramy się pamiętać o prawdziwym sensie tych świąt, czyli o zmartwychwstałym Jezusie. Tradycja święconego i związane z nią zwyczaje są wręcz identyczne, jak w Polsce. Rozmawiałem o tym z kolegami w szatni i jak zauważyłem, różnicą jest zawartość koszyczka ze "święconką". U nas wkłada się do niego słodkie ciastka nazywane "calta". Z młodych lat pamiętam, że w niedzielę dzieci chodziły z rózgami. Uderzenie rózgą miało zapewnić zdrowie, a sama rózga broniła domu przed złym - dodaje z uśmiechem "Topkanonier z Nemsovej". Pavol Balaż z kolei zawsze czekał na Lany Poniedziałek, zwany na Słowacji "Oblievacką". Lewoskrzydłowy Ruchu przyznał, że polewanie wodą dziewczyn sprawiało mu ogromną frajdę i do dziś praktykuje ten zwyczaj. - Dziewczyny wstawały wcześnie, aby być gotowymi, kiedy przyjdą pierwsi "kupaci". Ich pochody zaczynały się bardzo wcześnie, gdyż trzeba było szybko dotrzeć do wszystkich domów. Po południu już się "nie godziło" świętować w ten sposób. Jeśli dziewczyna spała, można ją było oblać w łóżku. Zwyczajowo dziewczyny chowały się przed "porannymi gośćmi" pod łóżkiem, w szafie i innych podobnych miejscach. Matka dziewczyny wychodziła do "kupaci" z małym poczęstunkiem. Ją również delikatnie oblewano, aby się nie skarżyła. Dziewczyny natomiast obdarowywały nas "kraslicami", czyli pisankami. We wtorek dziewczyny miał dzień odwetu, więc wtedy w ogóle się nie pokazywaliśmy. Zwyczaj ten wciąż jest bardzo aktualny w mojej ojczyźnie - stwierdził wychowanek OFK Tovarniky.
O dosyć specyficznym spędzaniu Wielkanocy może opowiedzieć Gabor Straka, który posiada zarówno słowacki, jak i węgierski paszport. W jego rodzinnej Dunajskiej Strede obowiązywało bardzo dużo zwyczajów rodem z kraju "Madziarów". - W moich rodzinnych okolicach dużo było gospodarstw rolnych. W Wielki Tydzień nikt już nie pracował na polu. Przygotowywali za to takie małe krzyżyki, które później rozsypywano na ziemiach. Miało to zapewnić dobrobyt i urodzaj. U nas również od Wielkiego Czwartku dzwony przestały bić, więc chłopcy chodzili z drewnianymi klekotkami. Chodziliśmy też do kościoła całować taki specjalny krzyż. Dzieci dostawały wtedy jajko lub jakiś drobny słodycz. Piątek i sobota to dni iście żałobne. Pamiętam, że siedzieliśmy w domach, kobiety przygotowywały jedzenie. W sobotę wieczorem po mszy rezurekcyjnej spożywamy wieczerzę i podobnie, jak na Boże Narodzenie dzielimy się opłatkiem, tak tutaj jajkiem. Pierwsze święto jest dla mnie bardzo rodzinnym przeżyciem. Drugie z kolei to znane także w Polsce polewanie dziewczyn. Co jest specyficzne w obchodzeniu Wielkiej Nocy w moich stronach? Dzieci dostają żywe, małe króliczki. Ostatnio była nawet afera, gdyż zazwyczaj zwierzęta te po świętach kończyły na stołach lub po prostu je porzucano - opowiada Straka.
źródło: ASInfo