Od pierwszego meczu w barwach Ruchu spisuje się znakomicie.
Marcin Makuch w każdym spotkaniu zostawia wiele zdrowia na boisku. W meczu z Finishparkietem "Niebiescy" zremisowali 2:2, a on bije się w pierś, bo czuje się winny stracie drugiego gola.
- Co się stało, że dzisiaj nie wygraliście? Praca sędziego czy może jakiś inny powód?
- Można zrzucać winę na sędziego, ale to my byliśmy na boisku. Nawet jeśli arbiter nie pomagał, a trochę przeszkadzał, powinniśmy wygrać ten mecz sami z siebie. Stworzyliśmy wiele sytuacji, a Finishparkiet oddał praktycznie dwa strzały, po których padły dwie bramki. Jeśli sędzia był słaby to można było ten mecz wygrać własnymi siłami.
- Arbiter odgwizdał wiele kontrowersyjnych spalonych, po których spokojnie mogliście zdobyć kolejne bramki.
- Był to bardzo ciężki mecz. Finishparkiet zajmuje ostatnie miejsce, ale nie ma nic do stracenia i nie raz takie niuanse stwarzają takie sytuacje jak spalone. Przy 2:1 mogliśmy podwyższyć na 3:1 i byśmy tego zwycięstwa nie oddali. Tymczasem straciliśmy jedną głupią bramkę. "Dzięki temu" nie zdobyliśmy trzech punktów, a tylko jeden i czujemy bardzo wielki niedosyt.
- Której straconej bramki bardziej Wam szkoda?
- Tej drugiej, bo ta bramka dała im remis. Gdy Finishparkiet strzelił na 1:0 to mieliśmy jeszcze dużo czasu do odrabiania strat. Drugi gol padł około 75 minuty i zabrakło nam czasu. Niestety, mecz który nie mogliśmy zremisować, zremisowaliśmy. Jest to dla nas porażka.
- Czy ktoś zawinił przy drugiej straconej bramce?
- Mogę się czuć winny, bo nie zauważyłem gościa z tyłu. Na pewno będziemy analizować całą akcję, po której straciliśmy gola. Dużą winę biorę na siebie, bo mogłem się inaczej zachować i do tej sytuacji w ogóle by nie doszło.