Mecz z Odrą miał zapewnić piłkarzom Ruchu względny spokój. Fatalny występ sprawił jednak, że chorzowianie wciąż pozostają w grupie zespołów walczących o utrzymanie.
W potyczce z Odrą "Niebiescy" stracili niezwykle cenne punkty. Wygrana mogła im dać bezpieczny dystans nad zespołami, które zajmują dolne rejony w tabeli ekstraklasy. Ruch zawiódł jednak na całej linii. Martwić powinien również styl, w jakim chorzowianie doznali porażki. W sobotnim spotkaniu zawiedli niemal wszyscy piłkarze Ruchu. Pretensje trudno mieć jedynie do kapitana Wojciecha Grzyba, który od początku rundy wiosennej imponuje olbrzymią chęcią do gry.
Spore zarzuty można mieć natomiast do defensywy Ruchu. Jeszcze do niedawna to właśnie ta formacja była jedyną, do której zastrzeżeń zgłaszano najmniej. Ale w sobotnim meczu obronie "Niebieskich” przydarzyło się kilka bardzo poważnych błędów. Serce zaczynało mocniej bić, kiedy przy piłce znajdował się doświadczony Ireneusz Adamski. Na pewno dobrze nie będzie wspominał też spotkania z Odrą wracający po pauzie za żółte kartki Maciej Sadlok. - Ze swojej strony mogę jedynie przeprosić za popełnione przeze mnie błędy. Nic już na to jednak nie poradzimy. Błędy trzeba przeanalizować i grać dalej - mówił Sadlok. - Trudno było się spodziewać, że teraz zawsze będziemy wygrywać po 3-0, ale nikt nie przypuszczał, że zostaniemy bez punktów - kręcił głową wyraźnie zasmucony Adamski.
Na krytykę zasłużył broniący dotychczas pewnie bramkarz "Niebieskich", Krzysztof Pilarz. Golkiper Ruchu miał swój udział przy straconym golu. - Straszny pech, bo Krzysiek Pilarz nabił piłką Krzyśka Nykiela i z niczego zrobił się gol dla Odry - opowiadał Sadlok. - To było nieporozumienie, rykoszet... - bronił kolegę z drużyny Adamski. Pilarz był jednak bardzo niepewny także w innych momentach, jak chociażby w sytuacji z 66 minuty meczu, kiedy wychodząc do podania w polu karnym... minął się z piłką.
Zawiodła też ofensywa "Niebieskich". Chorzowianie rozczarowali szczególnie w końcówce spotkania, kiedy nie potrafili zagrozić bramce Odry, która po czerwonej kartce dla Dariusza Dudka grała w osłabieniu. - Pod koniec meczu waliliśmy głową w mur. Odra grając w osłabieniu tak się ustawiła, że nie potrafiliśmy się przebić pod jej bramkę. Zadowalało ją jedno bramkowe prowadzenie i rachuby na ewentualna skuteczną kontrę. Jednak wcześniej stworzyliśmy kilka sytuacji, z których co najmniej dwie mogliśmy wykorzystać - mówił Ariel Jakubowski, obrońca chorzowian. - To nerwy. Chcieliśmy szybko zdobyć wyrównującą bramkę i powalczyć o zwycięstwo. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się stało. Każdemu zdarzają się potknięcia - dodał Sadlok.
źródło: Sport