Duszan Radolsky, były trener Ruchu nie wierzy, że "Niebiescy" pożegnają się ekstraklasą. - Jak ich znam to teraz - zupełnie nieoczekiwanie - wygrają mecz, w którym nikt nie będzie na nich stawiał - prorokuje Słowak. "Niebiescy" z czterech tegorocznych spotkań wygrali tylko jedno. W tabeli wciąż są wysoko - bo na siódmym miejscu - ale od miejsca zagrożonego spadkiem dzielą ich już tylko cztery punkty.
Ruch nie przeprowadził zimą żadnego znaczącego transferu. Może tu tkwi problem?
Duszan Radolsky: - Stagnacja transferowa to nic dobrego. Ruch stanął, a kto w piłce stoi ten tak naprawdę się cofa. Proszę spojrzeć na największe europejskie kluby - Manchester, Real Madryt czy Barcelonę. To są drużyny kompletne, ale roszady w ich składach wciąż trwają. Warto kogoś oddać, wymienić - to taki pozytywny ferment, który służy zarówno piłkarzom jaki drużynom.
Gdy pracował Pan w Chorzowie zwracał Pan uwagę na to, że Ruch nie potrafi rozegrać kilku dobrych spotkań pod rząd. Nic się nie zmieniło.
- Powtarzałem, że chorzowscy piłkarze muszą nad tym pracować. To siedzi w ich głowach, a nie nogach. Wygrali z Polonią Bytom, strzelili trzy bramki Zagłębiu Lubin i gdy wydawało się, że wszystko wraca do równowagi oddali punkty Odrze Wodzisław. Wciąż nie stać ich na dłuższą serię. Jak ich znam to teraz - zupełnie nieoczekiwanie - wygrają w meczu, w którym nikt nie będzie na nich stawiał.
W Polsce co raz głośniej mówi się, że Ruch może pożegnać się z ekstraklasą. Sytuacji nie ułatwi gra tylko na wyjazdach [stadion przy ul. Cichej jest modernizowany, przyp. red.]...
- Proszę nawet takich rzeczy nie mówić. Nie ma takiej możliwości. Znam siłę Ruchu i mam wrażenie, że całkiem dobrze orientuję się też w realiach polskiej ekstraklasy. Niebiescy nie należą jeszcze do ścisłej ligowej czołówki, ale spokojnie są zespołem na pierwszą ósemkę. No, może na ósme miejsce... Patrzę na tabelę ekstraklasy i ta wcale nie jest dla Ruchu taka zła.
Chorzowscy piłkarze nie mogą jednak popaść w samozadowolenie. Piłka jest nieprzewidywalna. Trzy punkty za zwycięstwo dodatkowo potęgują ten fakt. Drużyny będą się tasować niemal po każdej kolejce.
W Chorzowie otwarcie mówi się, że po sezonie trener Bogusław Pietrzak wróci do obowiązków koordynatora ds. młodzieży. Czy to dobrze, że piłkarze wychodzą na boisko z tą myślą?
- To ja zadam inne pytanie: a czy piłkarze Ruchu są profesjonalistami? Przecież piłka to ich sposób na życie. To na boisku zarabiają pieniądze. Byłbym bardzo zmartwiony, gdybym się dowiedział, że nie grają na 100 procent, bo kalkulują, że wkrótce zmieni się trener. To pytanie można też zadać trenerowi. A czy on ma motywację by poświęcać się dla drużyny skoro wie, że po sezonie wróci do starych zajęć? To nie są żarty.
Może Ruchowi brakuje takiego piłkarza jak Marcin Sobczak, który zimą był bliski transferu do MSK Żilina?
- Szkoda, że Marcinowi nie powiodło się w Żilinie. Liczyłem na niego, liczyłem na ten transfer. Gdy podpisanie umowy wydawało się przesądzone pojawiła się szansa na zakontraktowanie Tomasa Oravca, który był dla klubu celem numer jeden. Marcin nie dał nam argumentów by postawić akurat na niego. Grał w dziesięciu sparingach i nie strzelił gola. Działacze MSK nie mieli wątpliwości, że wolą Oravca. Szkoda mi "Bizona", ale wierzę, że jego czas jeszcze przyjdzie. To młody, utalentowany chłopak.
Tymczasem Oravec strzelił w ostatnim meczu dwa gole, a Pana zespół "rozstrzelał" drużynę z Dunajskiej Stredy aż 5:1.
- Niebiescy powinni brać przykład z "Szoszonów" [przydomek MSK - przyp.red.] (śmiech)! Ułożył nam się ten mecz jak marzenie. Pierwszego gola strzeliliśmy już w pierwszej minucie. Sezon zaczęliśmy jednak średnio. Martwię się, bo przegraliśmy ze Slovanem Bratysława w Pucharze Słowacji. W lidze jesteśmy wiceliderem i tracimy do Slovana cztery punkty. To dużo i mało. Ale będziemy bić się o mistrzostwo!
Rozmawiał: Wojciech Todur (Gazeta Wyborcza Katowice)