Podobnie jak w meczu z Lechią Gdańsk w piątkowy wieczór dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.
Grażvydas Mikulenas, napastnik Ruchu znakomicie radził sobie w ataku: gubił obrońców rywala i zdobywał przedniej urody bramki. Co by dużo nie mówić, to dzięki niemu w dużej mierze Ruch po raz kolejny wywalczył komplet punktów.
- Tym meczem zapewniliście kibicom sporą dawkę emocji, ale na szczęście wszystko zakończyło się tak jak powinno.
- Nie wiem czy jest tak jak być powinno, bo lepiej by było gdybyśmy tych bramek nie stracili. Udało nam się jednak podnieść zarówno po pierwszej i po drugiej bramce. Mecz wygraliśmy, troszkę horroru było. Dla kibiców to na pewno było fajne. Dużo bramek, mecz wygrany, a my wyczerpani do reszty.
- Czyli jednym słowem: lepiej chodzić na mecze niż do kina?
- No tak, bo skoro bilety tak samo kosztują, to lepiej wybrać się na Cichą. W filmie wiadomo co będzie, a tutaj zawsze spotka cię jakaś niespodzianka (śmiech).
- Dzisiejszy mecz w twoim wykonaniu był chyba jednym z lepszych o ile nie najlepszy w barwach Ruchu.
- Napastnika rozlicza się z ilości bramek i dzisiaj na moje konto powędrowały dwa trafienia. Na ten wynik pracuje jednak cała drużyna. A że do bramki rywala ja trafię czy Mariusz Śrutwa, to już nie ma znaczenia. Najważniejsze, że po raz kolejny dopisaliśmy sobie 3 punkty.
- Odczuwasz to, że z meczu na mecz wiedzie ci się coraz lepiej?
- Powiem tak: zimę w Ruchu spędziłem inaczej niż w poprzednich drużynach i dzisiaj można zaobserwować owoce tej pracy.
- No tak, ale początek rundy w twoim wykonaniu chyba nie był zbyt udany.
- W tych pierwszych meczach boiska nie były najlepsze. Lepiej się bowiem gra na równych murawach, kiedy piłka chodzi od nogi do nogi, a nie jest wybijana gdzieś na oślep. Na pewno wymagania kibiców wobec mojej osoby są wielkie i ja się z tym w pełni zgadzam, bo ja również jestem wobec siebie krytyczny.