W niedzielę swoje 70. urodziny kończy Eugeniusz Lerch - jeden z najwybitniejszych śląskich napastników, legenda Ruchu Chorzów i ROW-u Rybnik. W zespole "Niebieskich" rozegrał 199 meczów, strzelając 85 bramek (w ekstraklasie zdobył w sumie 106 goli). Był trenerem m.in. Grunwaldu Halemba, Zgody Bielszowice, AKS-u Chorzów, Slavii Ruda Śląska, Walcowni Czechowice i Gwarka Tarnowskie Góry. Był także drugim koordynatorem ds. młodzieży i drugim trenerem w Ruchu.
Z okazji urodzin życzymy Panu Eugeniuszowi wszystkiego dobrego, dużo zdrowia, pomyślności oraz szczęścia w życiu osobistym.
Serdecznie polecamy obszerny wywiad, przeprowadzony przez Pawła Czado, dziennikarza Gazety Wyborczej.
Paweł Czado: Pana ojciec też grał w piłkę?
Eugeniusz Lerch: Nie, Antoni Lerch był górnikiem kopalni Kleofas. Pracował od najmłodszych lat, był jedynym żywicielem rodziny. W latach 30. ciężko było o pracę, więc dbał o nią bardzo. Ale piłkę lubił. Chodził na mecze Ruchu Hajduki Wielkie, jeszcze na ten słynny "Hasiok" na Kalinie [nieistniejące boisko Ruchu, na którym niebiescy zdobyli pierwsze mistrzostwo Polski w 1933 roku - przyp. red.]. Ba, nawet kumplował się z niektórymi zawodnikami. Był okres, że pracował razem z Teodorem Peterkiem [legendarnym napastnikiem, autorem 154 ligowych goli dla Ruchu - przyp. red.]. Ale najbardziej tata był zafascynowany Ernestem Wilimowskim. Ile on mi o "Ezim" historyjek opowiedział...
Urodziłem się przy ul. Wolności [reprezentacyjna ulica Chorzowa - przyp. red.], ale wychowałem się na Batorym. Na stadion miałem więc bardzo blisko.
Byłem jedynakiem, szybko okazało się, że jakąś tam smykałkę do piłki mam. Grałem na ulicy, na placu, na łące, w szkole - po prostu wszędzie.
Ojciec zaprowadził Pana na pierwszy trening?
- Sam poszedłem, kiedy miałem 10 lat. Namówiłem jeszcze paru kolegów ze szkoły, m.in. Antka Nierobę [reprezentacyjny obrońca Ruchu w lidze grał w latach 1956-1972 - przyp. red.]. Nasze rodziły się przyjaźniły, chodziliśmy razem do klasy w szkole nr 36.
Dobrze pamiętam pierwszy ligowy mecz, na który poszedłem. To było, zanim jeszcze poszedłem na pierwszy trening. W marcu 1948 roku Ruch wygrał 1:0 z Garbarnią Kraków, a bramkę strzelił w ostatniej minucie Przecherka. Byłem wtedy właśnie za tą bramką. Nie było żadnych siedzeń, rosła trawa. Jak ktoś wstawał, to bardziej niecierpliwi kibice siedzący za nim rzucali w niego kępami. To było moje stałe miejsce. Później zamontowano tam zegar Elektromontażu.
Rodzice puścili Pana samego na mecz?
- No jasne, nie było z tym problemu. Całe dni spędzałem na placu, kopiąc piłkę. Jak zgłodniałem, to mama rzucała na dół kawałek chleba i dalej się grało. Wtedy nauczyłem się techniki, dryblingu, a przy okazji nabrałem kondycji. A z tatą rzadko chodziłem na mecze. Pamiętam, że zabrał mnie na towarzyski mecz Ruchu z drużyną Kleofasa.
Szybko poznał Pan Gerarda Cieślika.
- Wiadomo, że na początku lat 50. pan Gerard był wielką gwiazdą całej polskiej piłki. W Chorzowie był idolem wszystkich. Moim także, drugim po Wilimowskim. I właśnie Cieślik jako jeden z najlepszych piłkarzy w Polsce zaczął wtedy trenować trampkarzy Ruchu. Kiedy się to rozniosło, zrobił się w Chorzowie szum - u Cieślika chciały trenować miliony bajtli. Oczywiście ja też. Nie mógł szkolić wszystkich, musiał zrobić selekcję. Dobrze pamiętam ten moment. Każdy chętny miał strzelać rzut karny. Podbiegłem i trafiłem w samo okno. "Zostajesz" - zdecydował od razu.
Cieślik miał serce do młodzieży, umiał nas trenować. I to właśnie on, ten niby nieumiejący się wysłowić Hanys, taki zresztą jak i ja, potrafił wszystko doskonale przekazać. Naśladowałem wszystko, co pokazywał, później dziennikarze pisali nawet, że mam te same ruchy co on. Kiedy jako 17-latek trafiłem do pierwszej drużyny, dzięki niemu byłem już przygotowany do gry na ligowym poziomie. Ale nie przypuszczałem, że z moim idolem zagram w jednym zespole!
Zadebiutował Pan w ekstraklasie jako 18-latek w 1957 roku.
- Wyróżniałem się w zespole juniorów, strzelałem w meczach po pięć bramek. Był taki zwyczaj, że w piątek przed wyjazdem na mecz ligowy był sparing między pierwszym zespołem Ruchu a rezerwami. Przed wyjazdowym meczem z ŁKS-em strzeliłem w takim sparingu parę goli. Pojechaliśmy do Łodzi na mecz, nocleg był w hotelu Savoy. Miałem grać w rezerwach, które rywalizowały we własnej lidze, coś jak dzisiejsze rozgrywki Młodej Ekstraklasy. Nagle woła mnie Cieślik. „ »Elek «, przygotuj się, bo zagrasz w pierwszej drużynie” - powiedział jak gdyby nigdy nic. Zamurowało mnie. „Ja?!”. „To ty nic nie wiesz? Chodź na odprawę, zaraz się zacznie”.
Rzeczywiście, na odprawie ówczesny trener Ruchu Mikołaj Beljung wyczytał moje nazwisko. Miałem zagrać na środku ataku. Wtedy grało się jeszcze pięcioma napastnikami. Cieślik wystąpił obok mnie, na lewym łączniku...
Jak Pana przyjęli starsi koledzy?
- Cóż, hierarchia była fest, w Ruchu same gwiazdy były. Ale niechęci, niszczenia młodych nie było. A jak zacząłem bramki strzelać, tym bardziej byli mi życzliwi. Z początku trochę się bałem, mówiłem do wszystkich "per pan", lecz starsi zawodnicy szybko zaproponowali przejście na "ty". Ale Gerardowi Cieślikowi do dzisiaj mówię "pan". To był przecież mój trener, wychowawca - choć potem graliśmy razem, nie wypadało inaczej.
» Przejdź do dalszej części wywiadu na stronie www.gazeta.pl