Ruch zakończył w czwartek zgrupowanie w Niechorzu. Gdy piłkarze jedli jeszcze obiad nad polskim morzem, ich trener gnał już samochodem na Śląsk. - Obowiązków nie brakuje. Niechorze to już przeszłość. Jak było? Nigdy nie jest równo pod linijkę, ale jestem zadowolony - podkreśla
Bogusław Pietrzak.
Działacze Ruchu głośno mówią, że piłkę nożną toczy kryzys finansowy. Jednak obserwując politykę transferową innych klubów, można odnieść wrażenie, że problemy ma tylko Ruch. W ogóle się nie wzmacniacie, a Wasza przewaga nad drużynami zagrożonymi spadkiem wcale nie jest taka wyraźna.
Bogusław Pietrzak: - Zdajemy sobie sprawę, że przewaga nie jest duża, ale też wierzymy, że mamy silny zespół, który jest w stanie wygrać niemal z każdym. Przejąłem drużynę po trenerze Duszanie Radolskim, który wykonał wcześniej dobrą robotę. Doceniam to, doceniam ludzi, których zgromadził. W dwóch poprzednich oknach transferowych byliśmy bardzo aktywni. Ruch wymienił łącznie kilkunastu piłkarzy. Teraz przyszedł czas na stabilizację. Tylko w takich warunkach piłkarze mogą zrobić krok do przodu. I to się dzieje, obserwuję to na co dzień. Powstaje dobrze rozumiejący się zespół.
Który jednak stracił dwa ważne ogniwa - Piotra Ćwielonga i Macieja Scherfchena. O ile ze stratą tego pierwszego musiał się Pan liczyć, gdyż kończyło mu się wypożyczenie, to już odejście Scherfchena było pewnie bolesne.
- Tak, to była trudna decyzja. Co mam jednak powiedzieć, powyżej pewnego poziomu dziś nie podskoczymy. Z drugiej strony to chyba dobrze, że działacze postawili sprawę po męsku. Stwierdzili, że klubu nie stać na kontrakt Scherfchena i zamiast obiecywać mu gruszki na wierzbie, zaproponowali przejście do innego klubu. Zaręczam, że nikt ze sztabu trenerskiego nie cieszy się z takiego rozwiązania.
Pewnie byłoby łatwiej się pogodzić ze stratą, gdyby zdrowy był Gabor Straka?
- Na razie cieszmy się z tego, że jest po zabiegu. Zobaczymy, jak będzie przebiegać rehabilitacja. Wierzę, że dołączy do nas w trakcie rundy.
Zaczniecie sezon Wielkimi Derbami Śląska. Wyobraża Pan sobie taki obrazek - 28 lutego, 40 tysięcy ludzi na trybunach Stadionu Śląskiego, a obroną Ruchu kieruje dwójka młokosów Maciej Sadlok i Piotr Kieruzel?
- Oczywiście, że tak. Gdy w podobnej sytuacji stawiałem na Maćka, też nie miałem pewności, czy ten pomysł wypali. Rafał Grodzicki nie zagra z Górnikiem z powodu kartek, więc musimy szukać alternatywnego rozwiązania.
Kieruzel zbiera dobre recenzje, ale dotąd grał głównie w Młodej Ekstraklasie.
- Piłkarskie boisko to nie jest bank. Tam, by zostać dyrektorem, trzeba przejść czasami bardzo długą drogę. Na boisku można zostać dyrektorem każdego dnia. Każdy piłkarz jest kiedyś jest młody, każdy ma kiedyś na koncie zero meczów w ekstraklasie. Jest wtedy jak dziecko rzucone na głęboką wodę. Głównie od niego zależy, czy wytrzyma ciśnienie, poradzi sobie z presją, odpowiedzialnością za wynik.
A trener nie może mu pomóc? Wspomniał Pan kiedyś, jak ważny jest trening mentalny.
- Bo jest ważny. Przychodzi jednak taki moment - na boisku, w życiu - że w końcu zostajemy sami. Piłkarz przygotowuje się do meczu zazwyczaj przez tydzień. Zalicza wtedy mikrocykl treningowy, poznaje taktykę - jednemu to wystarczy, drugiemu życia będzie za mało.
Działacze niebieskich często powtarzają "stawiamy na młodość". Myśli Pan, że to takie hasło uknute na potrzeby kryzysu czy przemyślana strategia?
- Oczywiście, że element strategii. Jestem o tym przekonany od mojej pierwszej rozmowy z Mariuszem Klimkiem [właściciel klubu - przyp. red.]. Spodobał mi się jego pomysł na budowę silnego Ruchu, to właśnie dlatego mu zawierzyłem i rozpocząłem pracę w Chorzowie [jako trener koordynator ds. młodzieży - przyp. red.]. To nie była idea wymyślona na potrzebę chwili, to pomysł na lata.
Podczas zgrupowania w Niechorzu obserwował Pan kilku nowych piłkarzy. Czy któryś z nich ma szansę na grę w ekstraklasie?
- Jeżeli mówimy o pierwszej drużynie, to żaden nie zdał egzaminu. Może jeden ma szansę na grę w Młodej Ekstraklasie.
Gdy zastępował Pan Radolskiego, miał Pan obawy, czy nie ucierpi na tym młody zespół Ruchu. Udaje się Panu godzić tyle obowiązków?
- Z dnia na dzień ten układ działa lepiej. Teraz jednak możemy bajki opowiadać - zacznie się liga, przyjdą mecze i wtedy wyniki rozliczą naszą pracę.
Rozmawiał: Wojciech Todur (Gazeta Wyborcza Katowice)