Były piłkarz niebieskich Mamia Dżikija nigdy nie przypuszczał, że dożyje dnia, gdy będzie musiał uciekać z rodzinnego domu z powodu wojny.
- Gdy usłyszałem wybuch pierwszej bomby, pomyślałem, że to sen. Tylko dlaczego ziemia tak drży? Ściany podskoczyły, jakby zbliżało się trzęsienie ziemi. Razem z żoną przerażeni podbiegliśmy do okna. Po niebie sunęły dwa rosyjskie samoloty - opowiada piłkarz, który grał w chorzowskim Ruchu przez siedem lat.
Ten ponury poranek Dżikija przeżył kilka dni temu w Zugdidi. To raptem 15 kilometrów od granicy z Abchazją - republiki, która leży w północno-zachodniej Gruzji, ale jest wspierana przez Federację Rosyjską.
Dziś Dżikija jest już bezpieczny. Przejechał z rodziną ponad trzysta kilometrów, by znaleźć schronienie w Tbilisi. - Decyzja o wyjeździe zapadła po tym, gdy w telewizji prezydent Micheil Saakaszwili ostrzegł, że rosyjskie wojska wkroczą na nasze terytorium. Moje miasto znalazło się niemal na pierwszej linii frontu. To nie byłoby rozsądne, gdybyśmy tam pozostali - opowiada.
Droga do stolicy wiodła przez Gori. Nazwa tego miasta, który do tej pory znane było głównie jako miejsce narodzin Józefa Stalina, przez ostatnie dni jest wymieniane przez wszystkie światowe agencje. To właśnie Gori ucierpiało najbardziej wskutek rosyjskiej agresji. - Przez Gori prowadzi jedyna droga do stolicy. Trasę znaczyły zniszczenia po bombach. Gdy podjechaliśmy do granicy miasta, właśnie trwał nalot. Miejscowi powiedzieli nam, że potrwa około godziny. Gdy się uspokoiło, szybko ruszyliśmy. Przejechaliśmy Gori w pół godziny. Na samo wspomnienie tego miasta serce mi krwawi. Rosyjskie wojska zniszczyły nawet szkoły i szpitale! - denerwuje się Dżikija.
Gruzin jest w kontakcie z najbliższymi, którzy zostali w Zugdidi. - Miasto jest pod kontrolą Rosjan. Zajęli najważniejsze budynki, patrolują ulice. Z miejscowymi nie rozmawiają. Nasz dom na szczęście stoi, jak stał - mówi. W Tbilisi Dżikija i jego najbliżsi czują się bezpieczni. Piłkarz bierze udział w wiecach, które odbywają się w centrum miasta. Był tam i wtedy, gdy do stolicy Gruzji przyjechał prezydent Lech Kaczyński. - Wiem, że jesteście z nami. Wielkie dzięki - mówi.
Dżikija ma nadzieję, że wspomnienia ostatnich dni już nigdy nie wrócą. - Rosja, proponując warunki rozejmu, tak naprawdę pokazała swoje prawdziwe intencje. Im nie chodzi o Osetię czy Abchazję. Chcą stłamsić Gruzję. W oczy ich kole, że nasz kraj tak szybko się rozwija. Powstają nowe drogi, wracają turyści. Gdyby im się udało z nami, zagrożone byłyby też inne państwa. Czytałem, że jeden z rosyjskich polityków ostrzegał Polskę. Potraktujcie te słowa poważnie - podkreśla.
Gruzin zapewnia, że jeżeli Rosjanie znowu zaatakują, jego rodacy będą gotowi. - My już nie oddamy wolności. Był taki moment, gdy zobaczyłem w oczach Saakaszwilego przerażenie. Gdy jednak wsparły nas Stany Zjednoczone i kilka europejskich krajów, wiara wróciła. Nasz prezydent wyglądał jako nowo narodzony - mówi.
Dżikija być może będzie kiedyś opowiadał o swoim kraju nie jako sportowiec, ale polityk. - Poważnie myślę o tym, by wrócić do Polski i rozpocząć pracę w naszej ambasadzie. Znam wasz kraj, znam język. Najbliższe miesiące chciałem poświęcić właśnie na realizację tego celu. Wiem, że to nie jest prosta sprawa, ale spróbuję - podkreśla Dżikija, który na razie zostaje w Tbilisi. - Tu mam rodzinę i przyjaciół. Jakby to wyglądało, gdybym ich teraz opuścił? - pyta.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice