Grał u nas "Lenin", grał wirtuoz fortepianu, grał i piłkarz, który rzuty wolne trenował w dużym pokoju w bloku na katowickim Tysiącleciu! Jeszcze w latach 90. Gruzini stanowili o kolorycie ligowych rozgrywek. Mamia Dżikija, piłkarz Ruchu, był już ostatnim zawodnikiem z zakaukaskiego kraju, który grał w piłkę w Polsce. - Spędziłem w Polsce dziesięć fajnych lat. To już mój drugi dom. Czas jednak wracać do siebie, do Tbilisi - uśmiecha się "Dżiki".
33-letni Gruzin trafił do Polski zimą 1997 roku. Pomogła mu rodzina z Lublina. - Oni spędzali wakacje w Gruzji, ja jeździłem do nich. Gdy pojawiła się okazja, by zagrać w piłkę w waszym kraju, postanowiłem ją wykorzystać - tłumaczy. Dżikija, dzięki pomocy menedżera, przyjechał wtedy na zgrupowanie Ruchu w Brennej. Potrenował kilka dni i podpisał półroczny warunkowy kontrakt. - Pamiętam, jak się pojawił w klubie. Taki mały, niepozorny, tylko się uśmiechał. Zamieszkał u mojego kolegi, blisko stadionu. Dostał pokoik w jego willi - wspomina Jerzy Bębenek, długoletni wiceprezes Ruchu. - To była prawdziwa osobowość. Zaskoczył nas znajomością kilku języków i doskonałą grą na fortepianie - zdradza Marek Wleciałowski, wtedy obrońca niebieskich.
Krzesła zamiast bramki
Dżikija był pierwszym Gruzinem w niebieskich barwach, ale nie ostatnim. W 2002 roku do walczącego o utrzymanie w lidze Ruchu dołączył Łasza Rechwiaszwili. 20-latek z gruzińskiej wioski Ambrolauri nie zaaklimatyzował się w naszym kraju równie dobrze jak jego starszy rodak. Nie znał języka, nie miał znajomych, na obiad smażył sobie jajecznicę. Jego sąsiedzi z bloku na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach odetchnęli z ulgą, gdy wyjechał z Polski. Łasza miał bowiem w zwyczaju trenować rzuty wolne... w dużym pokoju. Ustawiał przy ścianie dwa krzesła i walił piłką aż miło. Do klubu i na policję wpłynęły nawet skargi na Gruzina. - To już był zupełnie inny typ człowieka niż Dżikija. Bardzo skryty. Widać było po nim, że się w Polsce męczy - dodaje Bębenek.
Rechwiaszwilego nie zaakceptował zespół. Bywało, że piłkarze Ruchu bawili się kosztem Gruzina, spychając go z ławki rezerwowych... Dlaczego więc Ruch na niego postawił? Zadecydował Koka Bziawa, starszy siwy pan, który w latach 80. był w Polsce pracownikiem naukowym. - Koka zobaczył mnie na treningu w Tbilisi. Podszedł do mnie po zajęciach i zagadał: "Masz talent. Pojedziesz do Polski?" I tak trafiłem do Ruchu - opowiadał potem Łasza.
W Chorzowie szybko podpisano z nim kontrakt, nie chcąc powtórzyć błędu z początku lat 90. Bziawa przywiózł wtedy na testy do Ruchu dwóch młokosów z Gruzji - bliźniaków Szotę i Arcziła Arweładze, dla których był nie tylko menedżerem, ale i wujkiem. W Chorzowie nie poznano się jednak na talencie braci. Później Szota wywalczył mistrzostwo Holandii z Ajaksem Amsterdam i mistrzostwo Szkocji z Glasgow Rangers. Jako pierwszy obcokrajowiec w historii został królem strzelców ligi tureckiej. W Trabzonsporze grał razem z Arcziłem, który - choć mniej utalentowany od brata - także zaliczył kilka niezłych zachodnich klubów, m.in. NAC Breda i 1. FC Köln. 35-letni Szota już żegna się z futbolem, 3 czerwca na Stadionie Narodowym w Tbilisi odbędzie się jego pożegnalny mecz.
- Pamiętam ich ze sparingu, jaki Ruch zagrał na Stadionie Śląskim. Mieli talent, mieli. Szkoda, że Ruch nie zaryzykował - wzdycha Jerzy Wyrobek, długoletni trener niebieskich. - Teraz to łatwo powiedzieć, ale coś w tym jest, że Ruch nie miał szczęścia do piłkarzy, którzy mogli u nas grać, a potem robili karierę w innych klubach. Tak samo było przecież z Emmanuelem Olisadebe, którego wywiózł z Cichej Ryszard Szuster, wtedy jego menedżer, a dziś prezes Górnika Zabrze - wspomina Bębenek.
"Lenin" i sprzedawca ryb
Na początku lat 90. Gruzini mieli na Śląsku dobrą markę, szczególnie dzięki Giji Guruliemu. Działacze GKS-u Katowice wypatrzyli łysiejącego piłkarza zimą 1991 roku, gdy ten przyjechał na Śląsk razem z Dynamem Tbilisi. Klub podpisał z nim kontrakt, mimo że zawodnik miał kontuzjowaną nogę. Guruli odpłacił się niezwykłej urody bramkami i technicznymi sztuczkami. Niestety, miał i słabsze, wręcz kompromitujące mecze. Po roku został sprzedany do francuskiego Le Havre. Po zakończeniu kariery w 1997 roku handlował rybami, był też drugim trenerem reprezentacji Gruzji.
Za Gurulim do Katowic trafili też Gija Diszkarjani i Zaza Rewiszwili, ale nie prezentowali już tej klasy, co ich rodak. Ten pierwszy był nazywany "Leninem", a to dlatego, że nosił charakterystyczną czapkę, podobną do tej, którą upodobał sobie wódz rewolucji. Rewiszwili też grał na Bukowej ledwie przez rok. Największy sukces odniósł już po wyjeździe z Polski: z Ałaniją Władykawkazem zdobył tytuł mistrza Rosji. - Z tego co wiem, Guruli, po krótkiej przygodzie z kadrą, wrócił do Francji i nadal żyje z handlu. Rewiszwili i Diszkarjani też już dawno nie grają w piłkę. Diszkarjani mieszka w Tbilisi i jest menedżerem. Nie wiem, co się dzieje z Łaszą. W Gruzji w piłkę na pewno nie gra - mówi "Dżiki", który odpoczywa teraz w rodzinnym domu. - Tak naprawdę, to nie mam po czym, bo ostatni sezon, który spędziłem w młodej ekstraklasie, to było jedno wielkie nieporozumienie. Nie chcę wytykać nikogo palcami, ale mam żal do paru działaczy Ruchu... Na 99 proc. zostaję w Gruzji, w piłkę grać już nie będę. Czym się zajmę? Zastanowię się po wakacjach. Myślę o pracy z dziećmi, a może zostanę menedżerem? W moim kraju nie brakuje utalentowanych piłkarzy. Pierwszeństwo na pewno będzie miał Ruch - uśmiecha się.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice