Duszan Radolsky, trener chorzowskiej drużyny, podsumowuje dla "Gazety" dopiero co zakończony sezon Orange Ekstraklasy. Mówi, o czym chciałby jak najszybciej zapomnieć i dlaczego aż go trzęsie, gdy myśli o jednym z napastników.
Niebiescy przechodzą właśnie okres roztrenowania. Jeszcze w maju zagrają sparing z Polonią Bytom, odwiedzą też kibiców w Brennej i Ciochowicach. Znane są już również drużyny, które pomogą Ruchowi zbudować formę na nowy sezon. Niebieskich czekają liczne wycieczki za południową granicę i mecze z zespołami z Rużomberoka, Hlucina, Bańskiej Bystrzycy, Żlina, Ołomuńca i prawdopodobnie Żiliny.
Wiem, że potrafi Pan godzinami analizować grę swoich piłkarzy, porównywać ich dokonania. Jaka to była wiosna dla niebieskich?
Duszan Radolsky: - Na pewno lepsza od jesieni. Zdobyliśmy więcej punktów, straciliśmy jedenaście goli mniej. Wie pan, że ja dzielę mecz na takie mini-, piętnastominutowe gry: od 1. do 15. minuty, od 15. do 30. itd. Jesienią nie wygrywaliśmy w końcówkach, teraz zdobyliśmy w ostatnich kwadransach aż sześć bramek. To przecież ponad jedna trzecia naszych wszystkich wiosennych goli - i odpowiedź, że zimę przepracowaliśmy jak należy.
Naszą piętą achillesową było natomiast otwarcie meczu - w pierwszym kwadransie straciliśmy trzy gole. Jesienią było lepiej... To ważna wskazówka na przyszłość. Istotne jest też to, że poza Wisłą i Lechem punktowaliśmy wiosną w meczach z drużynami, które jesienią były od nas lepsze.
Drużyny z Warszawy i z Poznania to jedyne zespoły, z którymi nie zdobyliście nawet punktu. Co o tym zadecydowało?
- Pewnie wiele rzeczy, ale najłatwiej byłoby odpowiedzieć - umiejętności. Z drużynami z pierwszej ósemki straciliśmy blisko połowę wszystkich goli, a już najbardziej zapracowały na ten wynik właśnie Wisła i Lech - ta liczba to w 46 procentach właśnie ich zasługa.
Dobra informacja jest taka, że byliście zdecydowanie najlepsi spośród wszystkich beniaminków.
Z każdą z drużyn, które awansowały razem z nami, czyli Polonią, Jagiellonią i Zagłębiem - zdobyliśmy po cztery punkty. A przypomnę, że w drugiej lidze, gdy rywalizowaliśmy w tym samym gronie - Ruch wygrał tylko raz, z Polonią.
Spośród beniaminków straciliśmy też najmniej goli... ale i tak zdecydowanie za dużo. Bramkarze Jagielloni wyciągali piłkę z siatki 57 razy, Zagłębia 58, Polonii 45, a Ruchu 41. W tej statystyce jest coś strasznego... ona najlepiej pokazuje, jaka jest różnica w umiejętnościach między drugą a pierwszą ligą. To, co na zapleczu ekstraklasy często uchodzi obrońcom bezkarnie, w elicie jest bezlitośnie wykorzystywane. I, jak widać, to nie jest choroba, która dręczy tylko Ruch.
Czy to właśnie w grze obronnej Ruch ma największe rezerwy?
- Wciąż jest coś nie tak z tą naszą defensywą. To prawda, straciliśmy wiosną jedenaście bramek mniej niż jesienią, ale i tak jest wiele do poprawy. Pan wie, że na pozycji środkowych obrońców zagrało aż dziewięciu zawodników?! To zdecydowanie za dużo. Ta liczba pokazuje, że wciąż szukamy optymalnego ustawienia.
Nie mówię, że mamy słabych obrońców. To solidni piłkarze, którzy większość meczów rozgrywają na bardzo dobrym poziomie. Niestety, przytrafiają im się też chwile słabości, które kosztują nas stracone gole, porażki, a przez to i ogólna ocena spada. Warto jednak dodać, że jesienią więcej bramek od nas straciło tylko Zagłębie Sosnowiec, a wiosną za naszymi plecami było już siedem drużyn.
Czy zgranie było mocną stroną niebieskich?
- Po tym, gdy zimą odeszło siedmiu zawodników, a dziesięciu przyszło, można było mieć o to obawy. Różnie z tym było, ciągle goniliśmy czas. W lidze zagrało aż 32 piłkarzy, to również za dużo. Nie mówię, że takie rewolucyjne zmiany są złe, ale na pewno nie można robić ich zbyt często, a już na pewno nie dwa razy w roku.
Wiele osób zarzucało Panu, że zbyt rzadko stawiał Pan na duet Łukasz Janoszka - Piotr Ćwielong...
- Chybiony zarzut. To przecież w takim ustawieniu zaczęliśmy wiosną walkę o ligowe punkty. Przecież Martin Fabusz siedział w Sosnowcu na ławce rezerwowych. Ćwielong nie zagrał tylko w dwóch meczach - raz był kontuzjowany, raz zabroniła mu Wisła Kraków [miał taką klauzulę w kontrakcie - przyp. red.] - osiem razy wybiegł na boisko w podstawowym składzie. To mało? Stawiam na młodych, ale nie zawsze mogę. Jeszcze mnie trzęsie na samo wspomnienie, że Marcin Sobczak musiał pauzować w siedmiu meczach za żółte kartki, które dostał w czwartej lidze. Co to za idiotyczny przepis?! A potem, gdy już mógł grać, to złapał kontuzję.
A jak wam się grało na Stadionie Śląskim?
- Jestem bardzo wdzięczny, że dostaliśmy szansę gry na tym obiekcie, ale, co tu dużo mówić, z 13 meczów, jakie rozegraliśmy tej wiosny, tylko trzy odbyły się na naszym boisku. A Cicha to jednak nasza twierdza! Ograliśmy tutaj Jagiellonię, Odrę, zremisowaliśmy z Legią - to najlepiej obrazuje, że czujemy się tutaj naprawdę dobrze.
Mówi Pan, że Śląski to nie Cicha, ale to jednak tam rozegraliście najlepszy mecz tej wiosny, czyli derby z Górnikiem Zabrze.
- Ale to był wyjątkowy mecz. Na trybunach ponad 40 tys. widzów, świetny doping, to już był europejski poziom. Chciałbym, żeby podobne widowisko powtórzyło się już jesienią.
Krytykowano też Pana za zbyt defensywne ustawienie zespołu. Tak było między innymi po spotkaniu z Legią.
- Ale my przecież mamy siódmy atak w lidze! W tamtym meczu stworzyliśmy przynajmniej cztery dobre okazje do strzelenia gola, a Legia raptem jedną! O tym, czy zespół gra ofensywną piłkę, najlepiej świadczą skrzydłowi, a Pavol Balaz i Wojciech Grzyb to jedni z najbardziej skutecznych skrajnych pomocników w całej lidze. Ćwielong też strzelił trzy gole grając z boku. Zresztą Ćwielong i Balaz to nasi dwaj najbardziej skuteczni piłkarze - wliczając wszystkie mecze, także sparingowe, strzelili w tym roku po siedem goli. Martwi mnie, że Ćwielong ma w kontrakcie zapis, który powoduje, że w każdej chwili może wrócić do Wisły. Liczę, że zostanie z nami przynajmniej do końca roku.
Były takie chwile, o których chciałby Pan jak najszybciej zapomnieć?
- Oczywiście. Chociażby dwie bramki, jakie straciliśmy w meczu z Odrą. Gole zupełnie z niczego. Zabrakło mądrości, tego nie lubię.
Jaki wpływ na grę Ruchu miał transfer Marcina Nowackiego? Jesienią to właśnie rozgrywających krytykowano najbardziej.
- Marcin pokazał dużo, ale stać go na więcej. Uważam, że dobrze współpracował z Michałem Pulkowskim i Gaborem Straką - to trio może się świetnie uzupełniać. Szkoda tylko, że Strakę nękały kontuzje. Teraz też ma problemy z przepukliną, wróci najwcześniej za miesiąc.
Pulkowski to dla mnie największe zaskoczenie. Zimą niemal do ostatniej chwili rywalizował o miejsce w kadrze z Grzegorzem Bonkiem. Nawet gdy wygrał, sądziłem, że będzie co najwyżej zmiennikiem. Pan tymczasem konsekwentnie na niego stawiał.
- Cenię tego piłkarza. Potrafi znaleźć się pod bramką rywala, a potem szybko wrócić do defensywy. A to, wbrew pozorom, wcale nie jest takie proste. Pulkowski strzelił dwa gole, niemal w każdym meczu miał okazje, by zdobyć kolejne bramki. Jest aktywny.
Na minus zaskoczył mnie Jovan Ninković. Jesienią dobijał się już do podstawowego składu, a wiosną zniknął zupełnie.
- Przegrał rywalizację między innymi z Tomkiem Brzyskim. Nie chcę przesądzać, jaka będzie jego przyszłość, bo to zależy też od wzmocnień, ale myślę, że powinien trafić do klubu, gdzie mógłby częściej grać.
A jak Pan oceni rywalizację wśród bramkarzy? Wybierał Pan aż z czterech.
- I chciałbym, żeby tak zostało, ale może być tak, że z jednym przyjdzie nam się pożegnać. Nie, nie chodzi o umiejętności, a raczej o ambicje. Matko Perdijić czuje się mocny i chce grać. Dochodzą do mnie głosy, że jest niezadowolony. Musimy się liczyć z tym, że odejdzie.
Co z młodymi? Kto z zespołu Młodej Ekstraklasy dołączy do pierwszej drużyny?
- Najbliżej są Grzegorz Goncerz i Artur Sobiech, już z nami trenują. Co z Marcinem Siedlarzem? Jeszcze na to za wcześnie. Cały czas jest słabszy od Pulkowskiego, Nowackiego i Straki.
Gdy rozmawialiśmy w redakcji, który piłkarz Ruchu zasłużył na miano najlepszego w zakończonym sezonie, najwięcej pochwał zebrał Balaz.
- Na pewno poszedł do przodu, rozwinął się. Potrafi świetnie dośrodkować, dobrze strzelić, podać w zupełnie nieoczekiwany sposób. Ma jednak cały czas duże rezerwy, szczególnie w powrocie do obrony, odbiorze piłki.
Czy Balaz zostanie w Chorzowie? Interesują się nim zachodnie kluby.
- Wierzę, że tak. Powtarza, że mu się w Polsce podoba, ale przecież najważniejsze, że gra. Z drugiej strony zrozumiem go, gdy odejdzie. Po to się przecież pracuje, gra w piłkę, by trafiać do coraz lepszych klubów.
A z Martina Fabusza jest Pan zadowolony?
- Z Fabuszem to jest dziwna sprawa... Mam wrażenie, że wielu kibiców go nie docenia. Tymczasem dla Ruchu to piłkarz wręcz nieoceniony. Miał udział przy co najmniej połowie goli, które zdobyliśmy. Wiem, że nie jest szybki, ale świetnie zgrywa piłki, wiąże w polu karnym środkowych obrońców. Wielu trenerów nam go zazdrości i pyta, skąd go wytrzasnęliśmy [w środę Ruch przedłużył ze Słowakiem kontrakt o dwa lata, przyp.tod.].
Czy w przyszłym sezonie Ruch będzie już groźny dla wszystkich, tak jak chcą działacze?
- To zależy też od nich, od wzmocnień. Mówimy o tym, że do zespołu powinno dołączyć latem trzech zawodników. Jeżeli tak, to muszą być to piłkarze do podstawowego składu. Na pierwszą czwórkę może być jeszcze za wcześnie, ale kto wie... Droga do piłkarskiej Europy wiedzie też przez Puchar Polski. W tym sezonie odpadliśmy w bardzo pechowych okolicznościach. Może powiedzie nam się w przyszłym roku?
Rozmawiał: Wojciech Todur (Gazeta Wyborcza Katowice)