- Gdy słyszę, że 17-latek ma menedżera, to pytam... "po co?!". To jest młody piłkarz, który przyjechał do nas po naukę. My mu zapewnimy dach nad głową, wyżywienie, szkołę, warunki do treningu. I to wszystko. Będzie na tyle dobry, że zagra w lidze, to proszę bardzo, możemy rozmawiać o pieniądzach. Ale nie teraz! - podkreśla
Bogusław Pietrzak, trener koordynator ds. młodzieży Ruchu Chorzów w wywiadzie dla Gazety Wyborczej.
Działacze niebieskich oczekują, że w cieniu pierwszej drużyny powstanie młody zespół, który za dwa-trzy lata będzie nadawał ton ligowej rywalizacji. Czy w polskich realiach takie planowanie ma w ogóle sens? Maciej Sadlok, który miał być filarem nowego Ruchu, jest już jedną nogą w angielskim Fulham. Podobnie ma się sprawa z Danielem Ferugą, którego menedżer już mówi, że po sezonie będzie mu szukał nowego klubu, bo gra w Młodej Ekstraklasie go nie interesuje...
I co Pan na to?
Bogusław Pietrzak: A ja wierzę, że to da się pogodzić. Wskazuje pan na pojedyncze przykłady. Sadlok? Rzeczywiście, trener Duszan Radolsky mówił, że będzie na niego liczył. Powtarzam jednak - będzie. Na tę chwilę to nie jest zawodnik, który poprawi jakość gry pierwszej drużyny Ruchu. O jego ewentualnej sprzedaży decyduje zapewne rachunek ekonomiczny. Pieniądze, które klub zyska na tym transferze, też przecież nie pójdą na marne. Zainwestujemy je w szkolenie kolejnych młodych zawodników. Ruch tylko na tym zyska.
Możliwy jest jednak scenariusz, że Ruch będzie po kolei tracił takie perełki, bo zawsze górę weźmie rachunek ekonomiczny.
- Nie, nie. Tak na pewno nie będzie. Młoda Ekstraklasa to jest plan na długie lata. Selekcja nie będzie trwać tydzień, dwa czy miesiąc. Wszyscy przecież nie wyjadą. Wiele osób pyta mnie, czy Młoda Ekstraklasa ma sens. Gdy jej nie było młodzi piłkarze rozgrywali w klubie ledwie kilka "ważnych" spotkań w sezonie. Teraz rywalizują co tydzień - to gwarancja, że poziom pójdzie w górę.
Jak tak patrzę na szkolenie młodych piłkarzy w Chorzowie to jednak myślę, że jest jeszcze wiele do zrobienia. Selekcja, baza treningowa - to wciąż jest na przeciętny poziom.
- Powtarzam panu, że to jest plan na lata. Pamiętam czasy, gdy w podobnej sytuacji był łódzki SMS. Pracowałem tam wtedy i na własnej skórze doświadczałem problemów z brakiem sprzętu czy boisk do treningu. A teraz? A teraz to jest inny świat! Kuźnia talentów. Trener pyta gospodarza obiektu: "Na którym boisku dziś trenuję?". "A gdzie pan chce". Każda płyta równa jak stół bilardowy. Wychowankowie SMS-u co chwilę trafiają do pierwszo-, drugoligowych drużyn, a to są przecież często chłopcy z zapomnianych, małych klubików. Do tego będziemy dążyli.
Wrócę do roli menedżerów. Jeden z nich powiedział mi ostatnio, że jeżeli ma utalentowanego piłkarza i ma wybierać pomiędzy Ruchem a Lechem czy Legią, to jednak nie postawi na Chorzów. Twierdził, że z Poznania czy Warszawy jest już tylko krok do Europy, a z Ruchu krok do... Lecha.
- Ci menedżerowie... Nie mam zamiaru z nimi polemizować. Szanuję ich pracę, szczególnie wtedy, gdy mają pod opieką 25-letniego zawodnika i pomagają mu wynegocjować lepszy kontrakt. Gdy jednak słyszę, że 17-latek ma menedżera, to pytam się ... "po co?!". Wie pan, mamy teraz w Ruchu takiego utalentowanego piłkarza - to Jarek Jarecki z Regi-Meridy Trzebiatów. Zaręczam panu, że jeżeliby ten chłopak miałby menedżera, to do Chorzowa na pewno by nie trafił. Menedżer prawdopodobnie od razu zacząłby stawiać warunki, żądać pieniędzy, a ja uważam, że na tym etapie jest na to jeszcze za wcześnie. To jest młody piłkarz, który przyjechał do nas po naukę. My mu zapewnimy dach nad głową, wyżywienie, szkołę, warunki do treningu. I to wszystko. Będzie na tyle dobry, że zagra w lidze, to proszę bardzo, możemy rozmawiać o pieniądzach. Ale nie teraz!
Zgadzam się z Panem, ale, niestety, jednocześnie obawiam się, że wielu utalentowanych piłkarzy przejdzie Wam jednak koło nosa. Młodzi czy nie, ale myślę, że wszyscy chcą teraz za swoją grę pieniędzy.
- I tu się pan myli. Większość tych młodych piłkarzy to bardzo rozsądni ludzi. Problem pojawia się wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się menedżer. Ja nie twierdzę, że 18-latek nie może mieć zawodowego kontraktu. Weźmy Rafała Grzelaka: gdy trafił do Chorzowa, był właśnie w tym wieku, ale on już wtedy był piłkarzem, który miał realny wpływ na grę pierwszoligowej drużyny. Młody, utalentowany - często to słyszę, ale to jeszcze za mało, by postawić w ciemno, że będzie z niego solidny ligowiec. Pamięta Pan młodzieżową reprezentację Polski rocznik 1982? Przemysław Kaźmierczak dołączył do tej drużyny pod sam koniec selekcji. Na mistrzostwa pojechał jako rezerwowy. A dziś to zawodnik wielkiego FC Porto! Piłka to nie matematyka. O tym, czy z tej mąki będzie chleb, decyduje zbyt wiele czynników, by wszystko przewidzieć.
Trudno mi sobie jednak wyobrazić, że wokół młodych piłkarzy nie będą się kręcić menedżerowie. Więcej, wydaje mi się, że to zjawisko będzie się nasilać.
- Trudno nie zauważyć, że menedżerów przybywa szybciej niż utalentowanych piłkarzy. Moim zdaniem nic dobrego z tego nie będzie... Jeszcze siedem-osiem lat temu jechałem do Dębicy i brałem anonimowego piłkarza, żadnego tam reprezentanta makroregionu, i zabieraliśmy się do pracy. Mówię o Pawle Magdoniu. Myślę, że on jest teraz zadowolony z decyzji, którą podjął przed laty. Myślę, że podobnie mówią działacze klubów, które reprezentował. Jestem pewny, że gdyby miał wtedy menedżera, to rozmowa zaczęłaby się od pytania - "a ile na tym zarobi?". Ponad dwa lata temu miałem na oku utalentowanego zawodnika. Ten jednak wybrał rozwiązanie z menedżerem. I co? Teraz, po dwóch latach, dostaję maila od owego menedżera. "Oto lista moich zawodników" - pisze do mnie. A ten chłopak jest oczywiście na tej liście. No i w czym mu pomógł ten menedżer?
Ilu zawodników z Młodej Ekstraklasy może latem dołączyć do pierwszej drużyny Ruchu? Pierwszym będzie zapewne Marcin Siedlarz, który ponoć miał taką klauzulę w kontrakcie.
- Tego nie wiem, bo kontrakt powinien być tajemnicą. Zobaczymy, jak to będzie. Trener Radolsky lub jego asystent Tomasz Fornalik są na wszystkich meczach ME. Więc zdają sobie sprawę, jak rozwijają się nasi piłkarze. To proces, na boisku nic nie dzieje się z dnia na dzień. Gdy wskazuję na piłkarza i zapraszam go na trening Ruchu, to zawsze widzę w nim przyszłego zawodnika pierwszej drużyny. Każdy z nich ma równe szanse. Po sezonie najbardziej będą pewnie naciskać zawodnicy z rocznika 1988. W tej grupie należy szukać nowych zawodników Ruchu.
Ostatnio pojawił się pomysł, by Ruch nawiązał współpracę z Arsenalem Londyn. Twarzą tego pomysłu miałby być Krzysztof Warzycha, który jest dyrektorem podobnej szkoły, tyle że w Grecji. Uważa Pan, że to dobry pomysł?
- Jak się uczyć, to od najlepszych. A szkolenie młodzieży w Arsenalu to przecież światowy szczyt. Jestem za, ale na razie nie potrafię przesądzić, czy ten pomysł zostanie zrealizowany.
W klubie trudno Pana zastać. Dużo Pan podróżuje?
- Nie ma reguły. Gdy jest jakiś ciekawy temat, to nie zastanawiam się nawet przez chwilę. Staram się też nie zaniedbywać własnego śląskiego podwórka. To jednak nie jest do końca moja rola, są osoby odpowiedzialne za nasz region.
To prawda, czasami chcę, a nie mogę być na treningu. Dużo czasu zajmuje mi też cała logistyka - niekończące się rozmowy telefoniczne.
Jak się Pan czuje jako trener koordynator ds. młodzieży? Nie ciągnie Pana do ligi, do stresu i adrenaliny związanej z rywalizacją w Orange Ekstraklasie?
- Myśli pan, że na meczu 17-latków nie ma adrenaliny? Jest! I to w najczystszej postaci. Nie tęsknię za ligą, a stres i tak mam na co dzień. Praca ma wtedy sens, gdy wykonuje się ją najlepiej, jak się potrafi, stawka meczu ma drugorzędne znaczenie. Czy mam w kontrakcie klauzulę, która w przypadku propozycji powrotu na trenerską ławkę umożliwi mi bezproblemowe odejście z Ruchu? Dobrze skonstruowany kontrakt powinien przewidzieć taką sytuację...
Rozmawiał: Wojciech Todur (Gazeta Wyborcza Katowice)