Niebiescy są coraz bliżej debiutu na giełdzie. Jakie są plusy i minusy tego pomysłu? O wyzwaniach, jakie stoją przed działaczami chorzowskiego klubu, opowiada Grzegorz Pędras, prezes zarządu Secus Asset Management - firmy, która wprowadza niebieskich na rynek New Connect.
Wojciech Todur: Jaka jest rola Pana firmy? Dlaczego Ruch nie może zadebiutować na giełdzie bez pośrednika?
Grzegorz Pędras: - Wymuszają to przepisy Giełdy Papierów Wartościowych. Z takim debiutem wiąże się szereg regulacji, m.in. współpraca z autoryzowanym doradcą, którym jest moja firma. Ruch musi się temu podporządkować.
Akcje Ruchu miały być notowane na rynku New Connect już w marcu. Dlaczego ten termin nie został dotrzymany?
- Były zastrzeżenia do sprawozdania finansowego Ruchu, które musieliśmy skorygować. Jeżeli ono zostanie zatwierdzone do końca tego tygodnia, to do 20 kwietnia powinna zostać zamknięta emisja akcji. Wtedy debiut nastąpi po długim majowym weekendzie.
Ta pierwsza emisja zostanie skierowana do wybranych inwestorów. Zapewne będą to osoby, które i tak już wspomagają finansowo Ruch. W takim razie po co niebieskim ta giełda? Nie lepiej po prostu wziąć pieniądze na dotychczasowych zasadach?
- To nie to samo. Powiedzmy, że Dariusz Smagorowicz [przewodniczący Rady Nadzorczej SSA Ruch - przyp. red.] zwróci się do mnie z prośbą, by wspomóc klub kwotą 100 tys. zł. Dobrze, pomogę i co dostanę w zamian? Może baner reklamowy za jedną z bramek? A giełda, akcje dają jednak zupełnie nowe możliwości. Ruch zyska 100 tys., ale zyskam i ja, bo przecież stanę się współwłaścicielem klubu. Jeżeli będę chciał, to będę mógł odsprzedać akcje. Może po wyższym kursie, może dzięki temu zarobię? To mało argumentów "za"?!
Skoro to tak świetny pomysł, to dlaczego Ruch jest w Polsce pierwszy? Dlaczego wcześniej nie zdecydowały się na ten krok większe i bogatsze kluby, jak Wisła czy Legia?
- Wisła, Legia, ale także Korona czy Groclin mają za właścicieli bardzo zamożnych ludzi, którzy traktują piłkę jak swoją pasję. Nie myślą przede wszystkim o zyskach, a już na pewno nie w krótkim okresie czasu.
Ruchem też zarządzają i współfinansują go pasjonaci, ale pomysł na piłkę mają już inny. Nie chcą bez końca pompować w klub swoich prywatnych pieniędzy. Chcą stworzyć w Chorzowie dobrze funkcjonujące, samowystarczalne przedsiębiorstwo.
Jakie Pana zdaniem powinny być źródła finansowania takiego przedsiębiorstwa?
- Widzę przynajmniej cztery strumienie. Pierwszy to pieniądze z praw telewizyjnych - pewne i przewidywalne. Druga sprawa to wpływy z biletów, co normalizuje się w Polsce na coraz lepszym poziomie. Trzeci element to marketing - klub musi zarabiać na sprzedaży sportowych gadżetów: koszulek, pamiątek itd. Czwarty strumień, kto wie, czy nie najważniejszy - to tytularny sponsor. Taką firmą nie będzie ani Pronox (firma Smagorowicza), ani Reporter (firma Mariusza Klimka, właściciela i sponsora niebieskich) - po prostu nie są tym zainteresowane. Ruch potrzebuje dużej firmy o zasięgu europejskim, a nawet światowym. Najlepiej, żeby była silnie związana z regionem. I wie pan co? Są takie firmy!
Debiut na giełdzie to także wielkie wyzwanie dla klubu. Długów, ewentualnych kłopotów z brakiem pieniędzy nie będzie już można zamiatać pod dywan.
- Ruch przełamuje pewne tabu, które towarzyszy polskiej piłce. Mówi do ewentualnych inwestorów: "Chodźcie, zobaczcie. Nie mamy nic do ukrycia!". Klub podda się rygorom, którymi kierują się wszystkie spółki publiczne. Będzie musiał przedstawiać sprawozdania finansowe, publikować strategie rozwoju. Nie będzie mowy o umowach na gębę, zarabianiu pod stołem przy okazji transferów. Absolutny porządek w dokumentach, a wszystko pod groźbą odpowiedzialności karnej. Wystarczy mała wpadka, media to podchwycą, a kurs akcji zaraz poleci...
Ruch, wchodząc na giełdę, dołącza do elity. To spółki publiczne rozwijają się najbardziej dynamicznie, są agresywne. To na zarządach takich firm jest wywierana dodatkowa presja, by zarabiały jak najwięcej pieniędzy. To wszystko jest udokumentowane badaniami. Same plusy.
Transparentność to także uczciwość, a tej - delikatnie mówiąc - polskiej piłce ostatnio brakuje. Załóżmy, że Ruch jest już notowany na giełdzie. Jak ostatnie zatrzymania osób, które nakręcały korupcję w Kielcach, mogłyby wpłynąć na kurs akcji niebieskich?
- Trudno powiedzieć, ale gdyby korupcja bezpośrednio dotknęła Ruch, to rynek na pewno zareagowałby bardzo nerwowo.
Inwestorzy uznaliby, że zarząd klubu nie jest godny zaufania. Gdyby zarzuty się potwierdziły i PZPN ukarałby klub z Chorzowa, na przykład degradacją, to sytuacja byłaby już bardzo zła. Zmniejszyłyby się wpływy z praw telewizyjnych, sprzedaży pamiątek. Mecze też nie cieszyłyby się takim zainteresowaniem. Klub miałby duży problem.
A pięć kolejnych porażek może zachwiać kursem akcji?
- Nie. Pięć kolejnych zwycięstw również. Ważniejsze są długoterminowe strategie. Załóżmy, że działacze mówią przed sezonem, że liczą na mistrzostwo Polski lub grę w europejskich pucharach. Jeżeli tego celu nie uda się zrealizować, to wartość akcji może spaść.
Czyli trenerzy i działacze będą musieli bardzo uważać na słowa?
- Każdy musi. Nawet jeżeli nie zarządza spółką notowaną na giełdzie.
Mówi się, że Ruch zarobi na debiucie od 5 do 10 mln zł. Skąd ta rozpiętość?
- Zadecyduje wartość jednostkowej akcji. Ustalenie jej ceny to efekt obliczeń matematycznych, analizy pewnych tendencji, a na koniec i arbitralnych decyzji pewnych osób. Chcemy dokonać wyceny na takim poziomie, by inwestorzy mieli szansę na realne zyski.
Załóżmy, że Ruch zadebiutuje na giełdzie w poniedziałek 5 maja. Czy dzień później będę już mógł kupić akcje niebieskich?
- Oczywiście.
Ale jak? Skoro wszystkie akcje będą w rękach wcześniej wytypowanych przez zarząd klubu inwestorów.
- Rzeczywiście, pierwsza emisja jest skierowana do wybranych osób. Na pewno nie będzie ich więcej niż 99 - decyzje o tym, kto znajdzie się w tym gronie, podejmie Ruch. Ale to żaden problem. Załóżmy, że w momencie debiutu wartość akcji to będzie 10 zł. Następnego dnia może pan otworzyć rachunek w biurze maklerskim i podbijać cenę. Zaręczam, że na pewno szybko znajdą się chętni, by zrobić z panem interes. Takie są prawa rynku.
A co z klubami, które straciły na wejściu na giełdę? Zdarzało się już przecież, że kluby z silnych zachodnich lig wycofywały się z tego pomysłu.
- O wszystkim decyduje właściciel. Załóżmy, że do Mariusza Klimka i Dariusza Smagorowicza zgłosi się biznesmen zainteresowany kupnem Ruchu. Pan Klimek uzna: "OK. Zrobiłem, co mogłem. Ruch ma się dobrze, przerzucam się na żeglarstwo". Nowy właściciel uzna, że giełda jest mu do niczego niepotrzebna. Wycofa się z rynku. To się już zdarzało, że wspomnę choćby firmę Wedel.
Czy Ruch debiutuje w dobrym momencie? Nie lepiej było poczekać z tym do jakiegoś spektakularnego sukcesu?
- Moim zdaniem nie. FC Porto weszło na giełdę zaraz po sukcesie w Lidze Mistrzów. W klubie zapanowała powszechna euforia. Wszyscy powtarzali: "jesteśmy wielcy!". Tymczasem powtórzyć taki sukces łatwo już nie jest. Inwestorzy czuli niedosyt, wartość akcji spadła. To Ruchowi na pewno nie grozi. Wszystko, co najlepsze, wciąż przed niebieskimi.
Myśli Pan, że za Ruchem pójdą inne polskie kluby?
- Na pewno. To nie będzie powszechny trend, ale naśladowcy na pewno się znajdą. Rozmawiałem z kolegą, który zdradził, że już miał pytanie w tej sprawie. Branżowa plotka głosi, że chodzi o GKS Katowice.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice