Mecz Korony z Ruchem jeszcze się na dobre nie rozpoczął, a Krzysztof Nykiel gwałtownie upadł na murawę, nie dając znaków życia. Dramatyczna scena rozpoczęła się od zderzenia obrońcy chorzowian z kolegą z zespołu - Rafałem Grodzickim. - Nawet nie poczułem, że trafiłem w głowę Krzysia. Usłyszałem za to Grzesia Barana, krzyczącego, żeby wybić piłkę. Spojrzałem za siebie i zauważyłem, że kolega leży nieprzytomny, a zamiast źrenic widać jedynie białka - relacjonuje Grodzicki, będący pierwszą osobą, która rzuciła się na pomoc. 25-latek kilkanaście lat temu był świadkiem podobnej sceny i mając ją w pamięci, otworzył usta Nykiela (mimo szczękościsku) i wyjął zapadający się język, będący przyczyną duszenia się i niedotlenienia. - Rafałowi należą mu się brawa za szybką reakcję! - chwali gracza trener Duszan Radolsky.
Bieg z noszami
Zawodnicy obu drużyn przyglądający się całemu zdarzeniu byli w szoku. Na ich twarzach rysowało się przerażenie, gwałtownie gestykulowali. - Krzysiu nie dawał sygnałów życia. I te oczy... - wzdryga się na samą myśl Piotr Ćwielong. Po chwili doskoczyli masażyści Ruchu i Korony. - Sędzia zwlekał z zezwoleniem, abyśmy weszli na płytę. Najwyraźniej przeraził się i trochę pogubił - wzdycha Paweł Larysz, fizjoterapeuta chorzowskiego zespołu. - To co najważniejsze wykonał Rafał Grodzicki. Mnie pozostało ustawić chłopaka w bezpiecznej pozycji, palcami przytrzymać jego język i wezwać karetkę - dodaje. I w tym momencie wściekłość ogarnęła piłkarzy "Niebieskich", bo ich kolegę do ambulansu trzeba było zanieść na noszach! - Ludzie z pogotowia stali z założonymi rękami, nikomu się nie spieszyło, a karetka nie mogła w dodatku wjechać na płytę - kręci głową Grodzicki.
Jeszcze na noszach Nykiel odzyskał przytomność. - Chwycił mnie za rękę i spytał: "co się stało Pawełku"? - przyznaje Larysz. - Teraz wiem, że to była moja wina. Niepotrzebnie się pchałem głową na wysokości pasa. Byłem w ferworze walki... - tłumaczy sam poszkodowany.
Zdenerwowana mama
Nykiel ze stadionu od razu został przewieziony do kieleckiego szpitala, gdzie wykonano mu tomografię mózgu. - Początkowo nie myślałem, że to tak groźne zajście. Kiedy to do mnie dotarło, co tu dużo mówić, zacząłem się bać - przyznaje Duszan Radolsky. - Przez 15-20 minut od całego zdarzenia nie potrafiłem się skupić na grze. Myśli krążyły, całe napięcie spłynęło ze mnie dopiero w przerwie, kiedy dowiedziałem się, że Krzysiu czuje się dobrze i wraca do siebie - przyznaje Grodzicki.
Nykiel po badaniach na własne życzenie wypisał się ze szpitala i dołączył do kolegów, którzy odnieśli cenne zwycięstwo. Razem z nimi wrócił do Chorzowa. Zajścia nie pamięta, zobaczył je dopiero w niedzielę w telewizji. - Niestety mecz był pokazywany na żywo. Oglądała go moja mama. Nie chcę wiedzieć, co wtedy czuła - przyznaje ze zmartwioną miną.
Dziękował w kościele
Najważniejsze, że zawodnik, który zdaniem Duszana Radolsky’ego ma szansę na powołanie do kadry Polski, wraca powoli do zdrowia. Bóle głowy i zawroty mijają. Lekarz nakazał jednak tygodniową przerwę w treningach. - Nie zagram z Widzewem Łódź, drugi raz w tym sezonie. Jesienią też dopadły mnie mało piłkarskie problemy ze zdrowiem - wirus żołądka. Trudno. Ze zdrowiem nie ma żartów - zaznacza Nykiel, który za trzy miesiące przejdzie jeszcze dokładne badania rezonansem magnetycznym. - Dobrze się skończyło, ale ile nerwów mnie to kosztowało, to tylko ja wiem - odetchnął Paweł Larysz, przyznając, że to pierwszy tak dramatyczny przypadek w jego jedenastoletniej pracy ze sportowcami. - Kiedyś musiałem ratować zawodnika Cleareksu Chorzów, którzy zaczął się dusić na stołówce. Na boisku dotąd tak nerwowych chwil nie przeżywałem - dodaje.
Kiepsko spał z soboty na niedzielę także Rafał Grodzicki. - Jak co tydzień, następnego dnia udałem się do kościoła. Było za co dziękować. Krzysiu wraca do zdrowia, a my zdobyliśmy cenne punkty - nie kryje ulgi i zadowolenia.
źródło: Sport