Śląsk nadal żyje fantastycznym meczem w Chorzowie. Działacze przekonują, że atmosfera wielkich derbów może przyciągnąć do piłki kolejnych sponsorów!
- Wielkie Derby Śląska na pewno w znaczący sposób wpłyną na organizację i finanse klubu - zapowiada Dariusz Smagorowicz, przewodniczący rady nadzorczej Ruchu. Niektórzy sponsorzy zadeklarowali swoją pomoc zaraz po meczu!
Magia Śląskiego zadziałała. Kibice opuszczali stadion z wypiekami na policzkach, wśród nich także ludzie biznesu, kultury, politycy - osoby, bez których trudno byłoby o wielki klub.
Mało kto wie, ale to właśnie były premier Jerzy Buzek wpadł na pomysł, by obie drużyny wyprowadziły na murawę legendy Ruchu i Górnika czyli Gerard Cieślik i Włodzimierz Lubański. Więcej, to Buzek uparcie zabiegał o to, żeby Lubański w ogóle przyjechał do Chorzowa.
Na meczu było zresztą wielu prominentnych ludzi, polityków i biznesmenów. Z naszych informacji wynika, że jedna z takich osób pomaga ściągnąć do Chorzowa wielkiego sponsora. Dzięki niemu Ruch ma stać się "drugą Chelsea" - jak w prywatnych rozmowach mówią działacze niebieskich.
- Gdy dołączyłem do Ruchu - a działo się to prawie dwa lata temu - mówiłem, że sukces będziemy budować małymi krokami. Derby na Śląskim to był duży krok, ale zapewniam, że będą kolejne, nie mniej ważne. Za dwa lata Ruch będzie wielki - uśmiecha się Smagorowicz.
Odbezpieczony granat
Gdy chorzowscy kibice emocjonowali się golami Piotra Ćwielonga, Grzegorza Barana i Marcina Nowackiego, za ich plecami wciąż pracowały kamery. - Materiały, które powstały na nasze zamówienie, zostaną wykorzystane do naszych własnych produkcji. Filmy trafią także do sponsorów. Do tej pory staraliśmy się zarażać innych naszym entuzjazmem, wizją. Teraz mamy w rękach gotowy produkt - tłumaczy Smagorowicz.
Te informacje brzmią bardzo optymistycznie, szczególnie że Ruch jest w przededniu debiutu na warszawskiej giełdzie papierów wartościowych. - Wszystko idzie zgodnie z planem. W najbliższych dniach pochwalimy się kolejnym sukcesem - zapewnia Katarzyna Sobstyl, prezeska niebieskich. - Pięknie się to zazębia, prawda? Czy można sobie wymarzyć lepszy czas na debiut, jak teraz? Po takim meczu na Śląskim?! - pyta z entuzjazmem Smagorowicz.
Marek Szczerbowski, dyrektor Stadionu Śląskiego powiedział po meczu, że przed derbami wszyscy pompowali balon, ale bomba tak naprawdę wybuchła dopiero w niedzielny wieczór. - Też czuję, że mamy w rękach odbezpieczony granat - śmieje się Smagorowicz.
Chociaż trudno w to uwierzyć, WDŚ, które jak na polskie realia porażały organizacyjnym i medialnym rozmachem, to wspólne dzieło ledwie dziewięciu osób. - To nasi cisi bohaterowie z Cichej. Prezes Katarzyna Sobstyl, Marzena Mrozik, nasza specjalistka od marketingu, Krzysztof Hermanowicz, człowiek od spraw bezpieczeństwa. Danuta Drabik, czyli rzeczniczka klubu... Bez nich sukces byłby niemożliwy. Pracowali po 14 godzin dziennie. Zarywali noce. Zanim piłkarze wybiegli na boisko, to oni grali pierwszoplanowe role - dodaje Smagorowicz. Ich wysiłek na pewno nie poszedł na marne, bo klub na derbach zarobił. Ile? Mówiło się nawet o pół milionie złotych. - Za wcześnie mówić o kwotach. Cierpliwości - uspokaja Smagorowicz.
Pracownicy klubu w poniedziałek odpoczywali, ale już od wtorku czekają na nich nowe wyzwania. Już za 11 dni kolejny mecz na Śląskim, tym razem z Widzewem. Wcześniej, bo już w sobotę, wyjazdowe spotkanie z Koroną Kielce. - Oba mecze będą transmitowane w Canal Plus. Nie damy o sobie zapomnieć - uśmiecha się Smagorowicz.
Kibice Ruchu, którzy przyjaźnią się z fanami Widzewa, zapowiadali, że podczas tego spotkania pobiją rekord frekwencji z WDŚ. Bez pomocy łodzian na pewno się nie uda, a ci póki co wyrazili zainteresowanie ledwie tysiącem wejściówek.
Nowacki spłaca dług
Spotkaniem z Górnikiem wciąż żyją piłkarze. Każdy, kto zaraz po meczu wszedł do chorzowskiej szatni, powtarza, że to była radość niczym erupcja niebieskiego wulkanu! - Jeszcze nigdy nie grałem dla tylu kibiców. Miałem wrażenie, że to był mecz reprezentacji Polski. Gdy wyszedłem na boisko i spojrzałem na trybuny, to przeszły mnie dreszcze. Grałem już w meczach derbowych, ale tego, co przeżyłem na Śląskim, nie da się porównać do niczego! Gdy tysiące chorzowskich kibiców krzyczało "Ruch!!!", to po plecach chodziły mi ciarki. Z wygranej cieszę się podwójnie. Ruch wykupił mnie z Groclinu, więc mam nadzieję, że kolejnymi zwycięskimi meczami i bramkami powoli spłacę ten dług - mówi Marcin Nowacki, którego gol przesądził o zwycięstwie niebieskich.
Z kolegami cieszyli się również w niedzielę ci, którzy nie wybiegli na boisko: kontuzjowani Łukasz Janoszka i Remigiusz Jezierski oraz pauzujący za kartki Ariel Jakubowski. Uraz Janoszki był utrzymywany w tajemnicy - piłkarz prawdopodobnie naderwał mięsień oddając... ostatni strzał podczas treningu. Zawodnika czeka dziś badanie USG, które rozstrzygnie, jak długo potrwa przerwa w treningach. Po derbach na urazy narzekają też Ćwielong i Nowacki (naciągnięte mięśnie). We wtorek piłkarze mają wolne, od środy zaczynają przygotowania do sobotniego meczu z Koroną.
Bez Hajty to nie to
W Zabrzu analizują przyczyny porażki. Po zakończeniu meczu prawdopodobnie najsmutniejszą osobą na Stadionie Śląskim był Stanisław Oślizło. Legendarny gracz zabrzańskiego klubu nie dość, że musiał przełknąć gorycz przegranej, to jeszcze nasłuchał się wielu mało przyjemnych epitetów pod adresem Górnika (dostał bilet na sektory zajmowane przez kibiców Ruchu). - Mocno przeżyłem porażkę. Nie mogę przestać myśleć o tym wyniku. Trochę się zawiodłem na tych moich kochanych piłkarzach. Przykro mi, kiedy przegrywają - wzdycha Oślizło. Jego zdaniem kluczowy dla losów meczu okazał się brak na boisku Tomasza Hajty. - Zabrakło nam doświadczonego zawodnika w defensywie. Takiego, który potrafiłby przeciąć te wszystkie niebezpieczne wrzutki Ruchu. Jurek Brzęczek nie mógł być przecież wszędzie na boisku - zauważa.
Zastępujący Hajtę na środku obrony Mariusz Pawelec przyznaje, że zawiódł. - Potrafię być wobec siebie krytyczny. Chcieliśmy zagrać razem z Michałem Pazdanem tak, aby braku Tomka nie było widać. Zostawiliśmy na boisku sporo zdrowia, ale wiem, że zagrałem słabo. Podkreślam jednak, że aż trzy stracone gole to efekt nie tylko słabszej gry obrońców, ale całej postawy Górnika w defensywie - mówi reprezentant kraju. Mocno dostało się też nowemu prawemu obrońcy Górnika Patrikowi Pavlendzie, który w końcówce meczu był bezlitośnie ogrywany przez Pavola Balaza. - Pavlenda nieźle zagrał z Lechem i dobrze z Cracovią. W tym meczu zabrakło mu jednak doświadczenia. Przez 60 minut biegał od jednego pola karnego do drugiego i pod koniec już po prostu nie miał sił. To jednak nie tylko jego wina - nie miał zbyt dużej pomocy ze strony bocznego pomocnika Konrada Gołosia. Dotyczy to zresztą także lewego pomocnika Piotra Madejskiego, który zaliczył słabszy występ i szczególnie w pierwszej połowie był niewidoczny - ocenia Krzysztof Hetmański, dyrektor Górnika.
Pojawiły się też głosy, że młodzi piłkarze Górnika nie wytrzymali obciążenia psychicznego związanego z Wielkimi Derbami Śląska. - Ruch miał przewagę na boisku, ale na pewno nie w wyniku tego, że się go przestraszyliśmy. Przed meczem był mały dreszczyk emocji, ale na pewno nie strach wobec rywala - zapewnia Pawelec.
Sporym zaskoczeniem w składzie Górnika była obecność na szpicy Piotra Malinowskiego zamiast Dawida Jarki. Szybki jak wiatr zawodnik dotąd wystawiany był przez trenera Ryszarda Wieczorka na boku pomocy. - To nie był zły pomysł trenera. Obecność Malinowskiego mogła być sporym zaskoczeniem dla Ruchu. Mecz się jednak dla nas źle ułożył i to my - zamiast kontrować - byliśmy kontrowani - tłumaczy Hetmański.
Dyrektor Górnika twierdzi, że porażka w derbach to wielka lekcja dla jego klubu. - Jesteśmy mocno rozczarowani, ale obiecuję, że wyciągniemy z tego wnioski. W końcu dopiero budujemy nowy zespół, który wciąż się uczy - mówi.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice