Gole, parady, skandale, karne strzelone i karne zmarnowane. Co jest godne zapamiętania z kilkudziesięciu lat nieustannej rywalizacji gigantów śląskiej piłki? Oto subiektywna lista "Gazety".
Drużyny Ruchu i Górnika grały ze sobą w lidze już 89 razy. Wiele razy ich mecze decydowały o mistrzowskich tytułach.
Pierwszy gol derbów, czyli wyłuskanie piłki z grząskiej topieli
Ruch i Górnik grały ze sobą już wcześniej, ale pierwszy mecz ligowy między tymi drużynami, czyli Wielkie Derby Śląska numer 1, odbył się na stadionie Górnika 18 marca 1956 roku. Tak się złożyło, że był to jednocześnie w ogóle pierwszy mecz w historii występów Górnika w ekstraklasie.
Pierwszy gol w Wielkich Derbach Śląska padł w 10. minucie spotkania, zdobył go napastnik zabrzan Edward Jankowski. "Kierownik ataku Jankowski należał w tym meczu do tzw. wszędobylskich" - pisał sprawozdawca. Jego bramka nie była bynajmniej najpiękniejszym golem w historii WDŚ. Jankowski "z dwóch metrów wyłuskał piłkę z grząskiej topieli i posłał do siatki". Pierwszego gola dla Ruchu w historii meczów z Górnikiem zdobył 17 minut później Henryk Alszer. Górnik wygrał 3:1.
Największe lanie, czyli mogło być jeszcze wyżej
"Katastrofa lidera w Chorzowie", "Szczęśliwe 1:5 mistrza Polski" - krzyczały tytuły gazet. 11 maja 1966 roku Ruch rozbił u siebie Górnika aż 5:1. Wynik został ustalony już po godzinie gry i "nie oddaje tego, co działu się na boisku, zabrzanie mogą mówić o szczęściu". Fatalnie zagrała renomowana przecież zabrzańska obrona. Goście nie stracili więcej bramek, bo chorzowianie "byli wpółprzytomni ze szczęścia, prowadząc tak wysoko", a poza tym fantastycznie bronił Hubert Kostka, który zmienił w przerwie Jana Gomolę. O tym, jaką przewagę miał Ruch, niech świadczy fakt, że Kostka został wybrany na najlepszego zawodnika Górnika w tym meczu.
Cztery gole Lubańskiego, czyli to nieprawda, że nic nie zdarza się dwa razy
Włodzimierzowi Lubańskiemu strzelało się bramki Ruchowi wyjątkowo fajnie i łatwo. Dwa razy wyjątkowo upokorzył rywali i w jednym meczu zdobyć aż cztery gole. Najpierw udało mu się to 12 listopada 1967 roku. Chorzowscy kibice przeżyli szok, bo Górnik był wprawdzie obrońcą tytułu, ale Ruch był wtedy na pierwszym miejscu w tabeli. Górnik wygrał 4:1 i była to pierwsza porażka Ruchu w tamtym sezonie. Gole Lubańskiego zachwyciły kibiców (lob głową, dwa mierzone strzały, dobitka z bliska), bo bramek zdobywanych w takim stylu "od czasów zakończenia kariery przez Pola nie oglądano". Drugi raz Lubański zaliczył cztery gole na Cichej 23 października 1971. Ruch znów był wtedy liderem i po porażce 1:4 nim pozostał, ale to Górnik zdobył mistrzostwo. W tym meczu Lubański mógł zdobyć aż sześć goli, ale raz trafił w poprzeczkę, a raz przeprowadził rajd a la Maradona '86, ale nie zdołał zakończyć go skutecznym strzałem.
Tłumy, tłumy, tłumy, czyli czekanie na litość
Często nie wszystkim chętnym udawało się kupić bilet. Pechowcy stali pod bramami i czekali na litość działaczy. Litość pojawiała się w przerwie albo tuż po niej - wtedy podejmowano decyzję, żeby wpuścić nieszczęśników stojących pod bramą, a ci z obłędem w oczach wbiegali na trybuny. Rekord, który już chyba nigdy nie zostanie pobity (no chyba, że rozbudujemy "Kocioł Czarownic"), padł 23 czerwca 1968 roku. WDŚ numer 26 zobaczyło na Stadionie Śląskim aż 80 tys. kibiców!
Pięć gwiazdek, czyli najlepszy mecz w historii
Według starszego pokolenia kibiców nic nie mogło równać się ze spotkaniem, które odbyło się 16 sierpnia 1970 w Chorzowie. Oglądało go ok. 45 tys. kibiców (co prawda nie było krzesełek, a na stojąco upchnie się więcej publiki, ale jak oni się tam pomieścili?). "Dla określenia piękna tego meczu, skali emocji, wysokich kwalifikacji piłkarskich, wprost zawrotnego tempa, naprawdę niełatwo znaleźć właściwe przymiotniki - entuzjazmował się "Sport", który przyznał mu bardzo rzadką, maksymalną notę - pięć gwiazdek. Ruch wygrał 3:2, ale gdyby zwyciężył 9:8, nikt by się nie zdziwił. Ruch zaczął znakomicie - po bramce Edwarda Hermana prowadził już w 1. minucie, szybko dołożył drugą bramkę. Górnik zdołał jednak wyrównać, ale decydujący cios zadał skrzydłowy Ruchu Eugeniusz Faber. który posłał piłkę w długi róg obok zasłoniętego Kostki.
Wielka smuta, czyli raz się zdarzyło, że w WDŚ zagrały ze sobą dwa najgorsze zespoły ekstraklasy
30 marca 1978 roku w 26. kolejce ostatni w tabeli Górnik Zabrze podejmował przedostatni Ruch Chorzów. Gospodarze z rutyniarzami Zygfrydem Szołtysikiem, Jerzym Gorgoniem i Stanisławem Gzilem w składzie i Teodorem Wieczorkiem na ławce trenerskiej sprężyli się - po przeciętnym meczu, który obejrzało 20 tysięcy widzów pokonali sąsiada 2:0 i wyprzedzili go w tabeli. Na koniec sezonu z ekstraklasy spadł jednak Górnik (pierwszy raz w historii), a Ruch w ostatniej "kolejce cudów" uratował się przed degradacją.
Pierwsze zwycięstwo Ruchu w Zabrzu, czyli co niebiescy zawdzięczają warszawiakowi
Włodzimierz Siudek, rodowity warszawiak, przesądził o historycznym, bo pierwszym, zwycięstwie Ruchu na stadionie Górnika Zabrze. 4 sierpnia 1983 roku niebiescy wygrali 2:1, a oba gole strzelił dla nich dopiero co kupiony z Polonii Warszawa Siudek. Pierwszego gola zdobył wykorzystując to, że bramkarz Eugeniusz Cebrat odbił piłkę na oślep, drugiego - dobijając swoje uderzenie w słupek. Trener Ruchu Orest Lenczyk narzekał po meczu na "kiepskie, a nawet złośliwe" sędziowanie.
Siudek kosztował Ruch ówczesne 2,2 mln zł. Dla porównania, za sprowadzonego w tym samym czasie z Bałtyku Gdynia Andrzeja Zgutczyńskiego Górnik zapłacił 10 mln. Siudek pierwszy sezon w Ruchu miał udany, strzelił osiem goli, ale w następnym spisywał się już gorzej i wylądował w Victorii Jaworzno.
Zmarnowany rzut karny Ryszarda Cyronia, czyli ostatnie takie wielkie derby
Na samą myśl o tym meczu, wielu kibicom wciąż skacze ciśnienie. 7 czerwca 1989 roku rozegrano WDŚ, które po raz ostatni, jak dotąd, rozstrzygały o zdobyciu mistrzostwa Polski przez jednego z rywali. W Zabrzu Ruch po świetnym meczu pokonał Górnika 2:1. Na cztery minuty przed końcem gry Waldemar Fornalik sfaulował w polu karnym napastnika gospodarzy Ryszarda Cyronia. Poszkodowany sam zabrał się za "jedenastkę", ale jego strzał bramkarz Ryszard Kołodziejczyk wybił na róg. Uskrzydlony sukcesem Ruch nie zmarnował szansy i zdobył 14. tytuł mistrza Polski. Załamany Górnik nie zdobył piątego z kolei tytułu, skończył sezon na trzecim miejscu.
Najbrutalniejsze zagranie, czyli Piotr Gierczak złamał nogę Marcinowi Molkowi
W meczu w Chorzowie 4 października 1999 roku tuż przed przerwą Piotr Gierczak z Górnika w środkowej części boiska blisko linii autowej zaatakował pomocnika Ruchu. Marcin Molek doznał złamania kości piszczelowej i strzałkowej z odpryskami. Winowajca ujrzał tylko żółtą kartkę. - Jestem zszokowany tak ostrą grą rywali - denerwował się trener Ruchu Edward Lorens. - Nie zrobiłem tego specjalnie. Chciałem trafić w piłkę, ale nie udało mi się - tłumaczył Gierczak, który - podobnie jak delegacja zabrzańskich działaczy - odwiedził potem Molka w szpitalu.
W sezonie 2001/02 obaj piłkarze spotkali się w drużynie Górnika. Molek nigdy nie odzyskał formy sprzed kontuzji, obecnie jest drugim trenerem młodzieżowego zespołu Ruchu. Gierczak cały czas, z trzyletnią przerwą, gra w Górniku.
Krety ryły na stadionie Górnika, czyli jak niebiescy skopali arbitra
- Dlaczego upadł sędzia Żyjewski? Bo krety ryły w ziemi - wyjaśniał Mariusz Śrutwa po meczu z Górnikiem w Zabrzu (6 maja 2000 roku), w którym wraz z Marcinem Baszczyńskim przewrócili sędziego Stanisława Żyjewskiego i skopali.
Od 19. minuty Ruch grał w dziesiątkę (czerwona kartka dla bramkarza Jakuba Wierzchowskiego), ale i tak był lepszy. Kiedy sędzia Żyjewski podyktował bardzo problematyczny rzut karny dla Górnika, wściekli piłkarze Ruchu otoczyli arbitra. Śrutwa z Baszczyńskim przewrócili go. Po podniesieniu się z murawy sędzia otrzymał wiele kopniaków twardymi butami od piłkarzy.
Wszystko zarejestrowały telewizyjne kamery. Pomimo to sam sędzia tłumaczył, że... potknął się na serpentynie, a urazy na nodze to efekt odnowienia się starej kontuzji. Pokazał kartkę jedynie Śrutwie i to żółtą... Mecz wygrali niebiescy 2:1. - Jesteście jedenastoma baranami, którzy nie potrafią wygrać z dziesięcioma piłkarzami - zrugał piłkarzy Górnika prezes Stanisław Płoskoń.
PZPN zdyskwalifikował wtedy Śrutwę na sześć, a Baszczyńskiego na osiem miesięcy.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice