Podczas sobotniego meczu ze Szczakowianką Jaworzno sędzia Piotr Kotos popełnił szereg kardynalnych błędów. Najgorsza była sama końcówka meczu. W 85 minucie w polu karnym gości przewrócił się Krzysztof Bizacki. Arbiter kazał grać dalej. Na trybunach rozległy się gwizdy i... wyzwiska pod adresem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Minutę później niesłuszną, drugą żółtę kartkę otrzymał piłkarz Szczakowianki - Piotr Copik. Kopnął on piłkę w chwili, gdy Kotos gwizdnął, aby zatrzymać grę. Zagranie to zostało potraktowane jako odkopnięcie piłki. - Gwizdek słyszałem, ale ruch do piłki już zrobiłem - powiedział dla "Sportu" Copik.
W 90 minucie faulowany był Michał Smarzyński. Powinien zostać podyktowany rzut karny. Widzieli to wszyscy, nawet przedstawiciel PZPN-u. Zaraz po spotkaniu oglądał on wraz z sędziami kontrowersyjne sytuacje. Każdy przyznał, że chorzowianom należała się jedenastka. Piotr Kotos usprawiedliwiał się tym, że był zasłonięty. – To kpina! – huczał wściekły Mariusz Śrutwa.
„Mario” wspomniał przy tej okazji zdarzenie, które miało miejsce podczas pierwszej konfrontacji Ruchu ze Szczakowianką (6:2 – przyp. Serwis). – Pamiętasz Wrocław? – powiedział po meczu sędzia główny tego spotkania – Piotr Kotos. Chodziło mu prawdopodobnie o sezon, w którym ekstraklasa była podzielona na dwie grupy. Spuściliśmy wtedy do tej „słabszej” Śląsk Wrocław (Pan Kotos pochodzi z Wrocławia – przyp. Serwis).
Całość wygląda tak, jakby sędzia Kotos mścił się na nas za Śląsk. Gdyby podyktował choćby jeden rzut karny, wynik końcowy byłby zapewne inny…