Osiem godzin spędzili w piątek piłkarze Ruchu na lotnisku w tureckiej Antalyi, oczekując na samolot do Berlina. - Szkoda słów. W tym czasie mogliśmy już dolecieć do Nowego Jorku - irytował się trener Duszan Radolsky. Późnym wieczorem ekipa niebieskich dotarła do Chorzowa.
Zgodnie z planem chorzowscy piłkarze już o godzinie 16 mieli być na Cichej. Plan runął jednak kilka minut po godzinie 4 rano. Pobudka o drugiej w nocy okazała się niepotrzebna. Wyrwani z łóżek niebiescy snuli się po recepcji hotelu Atlantis w Belek, by w końcu dowiedzieć się, że ich trud zdał się na nic.
Już w bramie hali odlotów lotniska Havalimani okazało się, że samolot nie odleci planowo o godzinie 6.15, lecz... pięć godzin później. Zawodnicy złapali się za głowy, trenerzy zastanawiali się, czy może lepiej nie wrócić do hotelu. Kierowca tureckiego autokaru szybko odjechał jednak spod lotniska, pozostało więc tylko czekanie.
Piłkarze pozasypiali na krzesłach w lotniskowym barze. Mniej zmęczeni próbowali czytać książki, trener Radolsky rozwiązywał sudoku. Turecki przewoźnik w ramach zadośćuczynienia za gigantyczne opóźnienie zaprosił zespół na śniadanie: nie pierwszej świeżości rogalik, soczek w kartonie i mandarynkę. - Tylko na tylko wycenili swoją winę. Marnie - komentowali piłkarze.
Krótko po godzinie 12 (kolejne 45 minut opóźnienia) zawodnicy w końcu zajęli miejsca w samolocie. Pilot boeinga łamaną angielszczyzną przeprosił za kłopoty. - Wiem, że to był dla państwa bardzo długi poranek - mówił. Potem wyjaśnił, że samolot się popsuł i wymagał naprawy na lotnisku w Düsseldorfie.
W Berlinie pojawił się kolejny problem. Pilot znowu przepraszał. - Na lotnisku brakuje schodów, po których moglibyście państwo wysiąść. Proszę o cierpliwość - mówił.
Na miejscu na zespół czekał już polski autokar i... Gabor Straka. Słowak opuścił Antalyię zgodnie z planem. Razem z Mirosławem Mosórem i Dariuszem Gęsiorem - działaczami Ruchu - przyjechał do Turcji już w trakcie zgrupowania i miał zabukowany bilet powrotny na inny lot.
Męcząca podróż najbardziej dała się we znaki Remigiuszowi Jezierskiemu. Napastnik Ruchu ledwo chodzi. Kontuzja kolana, której nabawił się w meczu z Czerno More Warna, wygląda na bardzo poważną. Piłkarza czekają specjalistyczne badania, ale już teraz wygląda na to, że Jezierski zerwał wiązadła w kolanie. Jeżeli diagnoza się potwierdzi, napastnik Ruchu w rundzie wiosennej nie zagra. To byłaby wielka strata - Jezierski nie dość, że był w dobrej formie, to jeszcze tworzył świetnie rozumiejący się duet z Martinem Fabuszem.
Po wieczornym powrocie na Cichą piłkarze rozjechali się do domów. Najdalej, bo aż do Zagrzebia, udali się Chorwaci Toni Golem i Matko Perdijić. Zespół spotka się ponownie we wtorek po południu.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice