Zwiedzanie Antalyi niebiescy rozpoczęli w poniedziałek od wizyty w... centrum handlowym. - To teraz prosimy jeszcze do Castoramy! - żartowali w autobusie.
Hotel w Belek to twierdza na pustkowiu, toteż chorzowianie nie mają tutaj za wielu możliwości, by przekonać się, jak wygląda prawdziwa Azja.
Od najbliższego sklepu czy miejscowego baru zawodników dzieli około 20 minut marszu wzdłuż drogi, którą znaczą trochę kiczowate - zbudowane na potrzeby turystów - rzymskie mury.
Wyjazd do Antalyi był pierwszą okazją, by przekonać się, czy na tureckiej riwierze trzeba się targować nawet w aptece, co przytrafiło się polskim dziennikarzom w pobliskiej Alanyi!
Podróż zaczęła się nieszczególnie, bo od wizyty w centrum handlowym. - Ja nawet nie wchodzę - machnął ręką trener bramkarzy Ryszard Kołodziejczyk. Reszta wycieczki postanowiła jednak sprawdzić tureckie ceny. Ciekawie było już przy wejściu, gdzie pani z wykrywaczem do metalu w ręku przepuszczała piłkarzy - i nie tylko - przez bramkę niczym na lotnisku. - To dla bezpieczeństwa - tłumaczyła.
Dżinsy za 30 zł, bawełniane koszulki za 20 - na tureckich wyprzedażach można było zdrowo poszaleć. Piłkarze jednak wracali do autobusu z pustymi rękami. - Stan kasy bez zmian - uśmiechnął się Wojciech Grzyb. - Jak już kupować, to co coś markowego i dobrej jakości - podkreślał Rafał Grodzicki.
Po nieudanej wizycie w centrum handlowym zrodził się złośliwy pomysł, by pojechać i do Castoramy. Ali, przewodnik niebieskich, zabrał jednak zespół do sklepu ze skórami. - To sponsor mojej firmy. Muszę was tam zabrać - tłumaczył, widząc zniecierpliwienie na twarzach piłkarzy. Na dobre rozbawił ich jednak na miejscu, gdy stwierdził, że na skórzaną kurtkę wartą 450 euro może dać... 5 euro zniżki.
Na szczęście kolejnym przystankiem było już centrum Antalyi. Piłkarze jeszcze nie opuścili autokaru, gdy do Tomasza Fornalika, drugiego trenera niebieskich, doskoczyły dzieci. - Co to za zespół? - pokrzykiwały, szarpiąc go za rękaw. - Piłkarze mają tutaj ciężkie życie. Wycieczki po mieście odpadają. Cały czas ktoś ich zaczepia - skrzywił się Duszan Radolsky. Turcy znają Polaków, bowiem w miejscowym klubie grają Jarosław Bieniuk i Piotr Dziewicki. Bieniuka "spotkaliśmy" już na dzień dobry - spoglądał na nas z wielkiego plakatu.
Chociaż to początek lutego, w Turcji czuć już wiosnę. Bezdomne koty wylegują się na rozgrzanych słońcem chodnikach, miejscowe kafejki są pełne smakoszy niezwykle słodkiej herbaty (tzw. sekrali) i kawy. Zasmakowali też w niej Grzegorz Baran i Grodzicki, którzy wybrali się do restauracji położonej nad stromym urwiskiem z zapierającym dech widokiem na morze. Piłkarze mogli też podziwiać stojący tuż obok wysoki na kilkanaście metrów postument Atatürka. Pomnik ojca narodu znajduje się w każdym tureckim mieście. Im pomnik większy, tym i większy powód do dumy dla jego mieszkańców.
Po kilku godzinach zwiedzania i targowania piłkarze Ruchu zaczęli schodzić się na miejsce zbiórki. Zaraz okazało się, że największym wzięciem cieszyły się zegarki. - Razem z Łukaszem Janoszką jesteśmy królami polowania. Kupiliśmy trzy - śmiał się Piotr Ćwielong. - Ale wszystkie Piotrka - zapewnił Janoszka.
Trener Radolsky najdłużej czekał na Remigiusza Jezierskiego i Ireneusza Adamskiego. - Jeszcze minuta i jedziemy. Znają angielski, to wrócą sami - żartował Słowak. Na szczęście piłkarze wbiegli do autobusu w chwili, gdy kierowca odpalał silnik. - Uff... To dopiero był trening - śmiał się zdyszany Jezierski.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice