Niebieskich nie zatrzymał Slovan Bratysława, nic nie robili też sobie z szalejącego za jedną z bramek pożaru.
Chorzowscy piłkarze pracują w Turcji według ściśle określonego planu - godz. 7 śniadanie, 9 - wyjazd na trening, 11.15 - obiad... Rozpiskę przygotowuje każdego dnia kierownik drużyny Jarosław Barteczko i na kawałku plastra przykleja do marmurowej ściany tuż obok windy na pierwszym piętrze hotelu Atlantis. Niebiescy mijają to miejsce dziesiątki razy w ciągu każdego dnia, więc przeoczyć, a tym samym spóźnić się na zbiórkę, nie mogą.
Przed sparingiem ze Slovanem na planie - między odnową a godz. 22, która wyznacza czas powrotu do łóżek - po raz pierwszy znalazł się zapis: "Odprawa".
Trener Duszan Radolsky po kolei rozmawiał z zawodnikami reprezentującymi poszczególne formacje. Dla Słowaka mecz ze Slovanem był niezwykle prestiżową potyczką. Radolsky pracował przed laty w klubie ze stolicy Słowacji i przyznaje, że ten okres był dla niego bardzo ważny. - Był dla mnie jak przepustka. Gdy zadzwonił do mnie agent z propozycją pracy w Al-Shabab Dubaj, to wystarczyło, że pokazałem mu CV. "Pracował pan w Slovanie? To dla mnie wystarczająca rekomendacja" - wspomina.
Co do Dubaju, to Radolsky - zupełnie nieoczekiwanie - miał okazję powspominać w Belek stare czasy, gdyż spotkał na hotelowym korytarzu swojego byłego zawodnika. - To ty "Nilson"?! - nie dowierzał własnym oczom. Tajemniczy "Nilson" to Brazylijczyk Denilson Martins do Nascimento. 32-letni napastnik gra teraz w koreańskiej drużynie "Hutników" z Pohang. - Gdy grałeś dla mnie, byłeś łysy. Co tym masz na głowie? - śmiał się Radolsky, wskazując na dredy. - W Korei jest bardzo zimno, a dzięki nim jest mi cieplej - tłumaczył piłkarz.
- Ach, mieć takiego zawodnika w Ruchu. Strzelił dla mnie z 15 bramek! - rozmarzył się Radolsky. - To brać! - proponuję. - Nie stać nas. Nikogo w Polsce nie stać na taki kontrakt - rozłożył ręce Radolsky.
Tak więc ze Slovanem Ruch musiał sobie poradzić bez "Nilsona". Od czego jest jednak Łukasz Janoszka, który strzelił na tureckiej ziemi już drugiego gola. - Pół roku temu opuścił wiele treningów w czasie okresu przygotowawczego. Teraz jest z nami cały czas i to procentuje. Jest silniejszy, pewniejszy - chwali Radolsky.
Po piłkarzach widać już trudy przygotowań w Belek. - W przerwie sam poprosiłem o zmianę, bo nogi bolą. Dwa treningi dziennie to jednak dużo - przyznał Remigiusz Jezierski. Dłużej - bo do 70. min - grał Ariel Jakubowski. Obrońca niebieskich ma własny sposób na regenerację sił. Jeszcze przed meczem wszedł do hotelowego basenu, czym wzbudził podziw spacerujących Turków - po zimnej nocy woda nie ma bowiem więcej niż 10 st.! - To pomaga, ale długo tak nie wytrzymam - zaciskał zęby.
Mimo zmęczenia niebiescy byli przez długie minuty zespołem zdecydowanie lepszym. W pierwszej połowie ukraiński sędzia nie uznał naszej drużynie dwóch bramek. Przy golu Martina Fabusza dopatrzył się spalonego, a przy trafieniu Rafała Grodzickiego - faulu. - Faul, jeżeli był, to w drugą stronę. Jeszcze mam ślad na szyi - pokazywał zaczerwienione miejsce.
W ostatnich minutach na boisko wszedł Daniel Kosmel - Słowak, który grał w Polsce w Rakowie Częstochowa i Ruchu Radzionków. Kosmel nic się nie zmienił - nadal jest bardzo szybki. - Co? Zap... jak zawsze - śmiał się. - Chcę wrócić do Polski. Może latem? - dodał, witając się z Wojciechem Grzybem, z którym grał w Radzionkowie.
Dodajmy, że spotkanie toczyło się w ciekawej scenerii - za jedną z bramek szalał bowiem pożar, a płomienie wznosiły się chwilami na wysokość prawie 10 m! Okazało się jednak, że pożar był kontrolowany - Turek wypalał krzaki i suche palmy...
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice