Piłkarze Ruchu przekonali się, że Belek to niezwykłe miejsce. Gdzie indziej można nadgryźć bez żadnych konsekwencji "pępek damy", zajadać się "plackiem z papierosami", a posiłek zakończyć, zagryzając ze smakiem baranie jądra!?
Atlantis - hotel, który jest bazą chorzowskiej drużyny podczas tureckiego zgrupowania, to mała fabryka. Ruch jak w ulu - wczoraj w 466 pokojach mieszkało 1050 osób.
Ogród, który otacza hotelowe budynki, ma 54 tysiące metrów kwadratowych (to ok. 23 boiska do piłki nożnej). Plątanina dróg, basenów poprzetykanych palmami i drzewami piniowca (to właśnie z nich uzyskuje się orzeszki piniowe) sprawia, że człowiek traci poczucie, że wie, gdzie jest. Rafał Grodzicki - nowy obrońca niebieskich - dopiero trzeciego dnia pobytu zorientował się, że dwieście metrów od jego pokoju fale uderzają o piaszczysty brzeg. - Naprawdę tak blisko? Myślałem, że tutaj morza nie ma - mówił zupełnie szczerze.
O ile hotel jest fabryką, to już kuchnia prawdziwym kombinatem (na terenie hotelu znajduje się 13 miejsc, gdzie można coś zjeść lub wypić). Szefem jest Riza Gunay, który zarządza sześcioosobowym odziałem kucharzy. Gotowanie jest tutaj wyniesione do rangi sztuki kulinarnej. Kult dobrego jedzenia został zapoczątkowany w Turcji jeszcze w średniowieczu. Wielkim kucharzom nadawano wtedy prestiżowe tytuły, a dworskich przepisów strzeżono bardziej niż złota. Kucharz zatrudniony w stambulskim pałacu Topkapi był wtedy niemal równy królom!
Riza po zakończonej pracy też czuje się spełniony. Stoi wtedy przy ścianie i z zadowoleniem obserwuje najedzonych ludzi. Gdy ktoś ma odwagę i podejdzie mu podziękować, na pewno zobaczy uśmiech na jego twarzy.
Niestety, przeciętnemu turyście z Polski turecka kuchnia kojarzy się z kebabem. Podobnie myśleli zawodnicy Ruchu. Gdy w drodze na lotnisko - jeszcze na chorzowskiej ulicy - zobaczyli budkę z kebabami, żartowali, że dalej jechać nie muszą, bo już czują się jak na Riwierze.
- Chce pan kebab? To jest kebab - jeden z kucharzy pokazuje mi kwadraciki z mięsa, które trochę przypominają nasze kotlety mielone. - Dla nas kebab to po prostu danie z mięsa. Może być z pieczonego, ale i z gotowanego. Nic się nie zmieniło od tysięcy lat - śmieje się.
Zawodnicy nie mogą narzekać. Wybór dań i smaków jest przeogromny. - Kuchnia robi wrażenie. Naprawdę można najeść się smacznie i do woli - chwali Maciej Sadlok. Ariela Jakubowskiego, który jest miłośnikiem sałatek - najbardziej ucieszył widok rukoli - tutaj rośnie na dziko, w Polsce jest rarytasem. - Zasmakowałem w niej podczas jednego z wyjazdów i tak mi już zostało. Smak ma specyficzny [lekko orzechowy - przyp.red.], ale mnie akurat bardzo smakuje - zapewnia.
Potrawy tureckie nie dość, że smaczne, to jeszcze mają niezwykle ekstrawaganckie nazwy. Tutejsze desery to np. "pępek damy" lub "wargi ukochanej". Na drugie danie polecamy "sogar borek" - po polsku "placek z papierosami". W hotelu tego nie dostaniemy, ale wystarczy zajrzeć do jednego z miejscowych barów, by trafić na "koc yumurtest" - czyli baranie jądra. Na spragnionych czeka ayran, czyli napój z rozcieńczonego jogurtu, bądź salep - miejscowy afrodyzjak przygotowywany ze sproszkowanych korzeni storczyka.
Piłkarze Ruchu mogą jeść wszystko i do woli - gwarantuje im to opcja all inclusive. Teoretycznie mogą też korzystać z baru. Jednak tylko teoretycznie, bowiem barmani są uprzedzeni, by nie wydawać drinków ani piwa gościom w sportowych strojach. Gdy już taka osoba jednak do nich podjedzie, zawsze pytają, czy aby klient nie jest trenerem albo kierownikiem drużyny.
W Atlantis niebiescy nie muszą się też martwić o to, kto im upierze przepocone koszulki. Mechanizm jest prosty, po sparingu lub treningu jeden z zawodników obchodzi wszystkie pokoje, pchając przed sobą wielki kosz na brudy. Ładunek trafia do pralni i po dwóch godzinach sprzęt wraca czysty i pachnący. Według hotelowego cennika ta przyjemność kosztuje 4 euro od koszulki, ale niebiescy mają znaczne zniżki.
Ryszard Kołodziejczyk, trener bramkarzy, śmieje się, że za jego czasów piłkarze nie mogli liczyć na takie luksusy. - Po treningu stało się nad zlewem, mydło do ręki i robiło się wielkie pranie. Nie wiem, kto to wymyślił, ale pralnia i suszarnia była przeważnie w pokoju bramkarzy. Odpinaliśmy wtedy zasłony, a na żabkach wisiały mokre stroje - wspomina.
Chorzowscy piłkarze żartują jednak, że skoro mają opcję "all", to na żadną przepierkę się nie zgadzają. Niestety, powołując się na swoje przywileje, sami wpadli w pułapkę. Tomasz Mrochen i Paweł Larysz, masażyści Ruchu, sprawdzili bowiem dokładnie hotelowe zwyczaje i dowiedzieli się, że all inclusive masaży nie obejmuje! - Zapraszamy do nas. Nie wypłacicie się - żartują.
Chorzowianie nie mają wiele wolnego czasu - a szkoda, bo w hotelu czeka na nich kryty basen, łaźnie, siłownia, fryzjer, stoły do bilardu, tory do bowlingu, korty tenisowe, wielkie szachy (figury mają z pół metra!)... Wyliczać można długo. Zawodników najczęściej można jednak spotkać na sofach tuż przy recepcji, w tzw. strefie internetu. Odpalają laptopy, łączą się z najbliższymi, odwiedzają ulubione strony.
Wędrówkę po hotelu kończymy w miejscu, które przypomina naszą kaplicę. Wielu muzułmanów zagląda tam na modlitwę, gorzej, że tuż obok znajdują się dwa - ciągle zajęte - stoły do ping-ponga, które skutecznie wyznaczają rytm medytacji.
fot. W. Todur
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice