Czternaście godzin trwała podróż piłkarzy Ruchu do tureckiego miasteczka Belek. Na miejscu chorzowian przywitał "wrzask kobiety mordowanej na cmentarzu...".
Po opuszczeniu budynku lotniska Antalya Havalimani chorzowscy piłkarze postawili kołnierze swoich kurtek. - Wieje jak zawsze - krzywili się, patrząc na niebezpiecznie przechylające się palmy. Błękitnie niebo i uderzające w oczy słońce szybko poprawiło im jednak humory.
Zaraz po wyjściu z terminalu zespół natknął się na człowieka z kartonem w ręku, na którym ktoś niezdarnie napisał flamastrem "Ruch Chorzów" - to był nieomylny znak, że drużyna jest u celu swojej podróży.
Wyprawa do kurortu nad Morzem Śródziemnym zaczęła się prawie 14 godzin wcześniej na Cichej. Trener Duszan Radolsky do końca nie był pewny składu ekipy, którą zabierze na zgrupowanie. Rafał Grodzicki, nowy obrońca, dotarł do klubu dopiero na pięć minut przed wyznaczonym terminem zbiórki! Grodzicki już wcześniej podpisał trzyletni kontrakt, ale ten miał obowiązywać dopiero do lipca. - Boje trwały do końca. Jeszcze o godzinie 15 byłem w Bełchatowie i o Turcji nawet nie myślałem. Teraz cieszę się jednak, że działacze w końcu doszli do porozumienia - uśmiechał się.
Grodzickiego przywiózł do klubu Grzegorz Baran. Obaj znają się jeszcze z czasów wspólnej gry w Górniku Wieliczka. - W jednej z rund stworzyliśmy bardzo skuteczną parę obrońców. Górnik stracił wtedy raptem siedem goli - przypominał rosły obrońca.
Po kilku minutach odliczania i sprawdzania, czy nikt nie zapomniał paszportów, autobus ruszył w drogę do Berlina. To właśnie ze stolicy Niemiec nasz zespół miał odlecieć do Antalayi.
Autokar nie opuścił jeszcze granic Śląska, gdy pojawił się pierwszy problem - długi na cztery kilometry korek! - Czy to kierowcy TIR-ów nas zablokowali? - żartowali piłkarze. Powodem przymusowego postoju okazał się jednak wypadek. Po prawie godzinie wyczekiwania trener Radolsky zaczął nerwowo spoglądać na zegarek. Na szczęście dla niebieskich kawalkada aut wreszcie ospale ruszyła.
Gdy za granicę podróżuje zespół piłkarski, każda minuta spóźnienia jest bolesna - a już najlepiej widać to podczas odprawy. Okazuje się wtedy, że do sprawdzenia jest wielka góra sprzętów, toreb, skrzyń. Z niebieskimi poleciało do Turcji m.in. łóżko do masażu, blaszana skrzynia pełna medykamentów, wiadro odżywek (część piłkarzy przekonywała mnie, że to farba, która posłuży im do namalowania na hotelu niebieskiej "R"), no i przede wszystkim worek piłek.
Te nie były napompowane, a że to ważne zespół dowiedział się rok temu podczas wyjazdu na zgrupowanie w Grecji. - Obsługa samolotu poinformowała nas, że w powietrzu wszystkie piłki eksplodują z powodu wzrostu ciśnienia - tłumaczył Jarosław Barteczko, kierownik drużyny.
Wyjazd na zagraniczne zgrupowanie to zawsze okazja do wspomnień. Remigiusz Jezierski przypomniał czasy, gdy grał w piłkę w Izraelu. - Tam szukać słońca i zielonych boisk nie musieliśmy. Więc zimą nie wyjeżdżaliśmy nigdzie, a latem najczęściej do Europy. Belgia, Holandia, Austria - byle trochę chłodniej niż u nas. Izraelscy piłkarze i trenerzy wykorzystywali ten czas nie tylko na pracę, ale i na... hazard. W Izraelu zupełnie zakazany, a podczas zgrupowania na wyciągnięcie ręki. Bardzo ich to kusiło - uśmiechał się Jezierski.
Spośród chorzowskich piłkarzy wyjazd do Turcji najbardziej spasował Chorwatom Matko Perdijiciovi i Toniemu Golemowi oraz Serbowi Jovanovi Ninkoviciovi.
Oni jako jedyni z całej ekipy (jako przedstawiciele narodów byłej Jugosławii) nie musieli wykupić na granicy wartej 10 euro wizy wjazdowej. - No chociaż raz mam lepiej niż Polacy - żartował Ninković, który od kilku dni żyje nie tylko piłką, ale i tenisem. - Po sukcesach naszych zawodników w Australian Open w Serbii nie mówi się o niczym innym. Taki mały kraj, a takie sukcesy! Jesteśmy z tego bardzo dumni - podkreślał.
Podróż z lotniska do Belek to w porównaniu z nocnymi mękami w autokarze (bramkarz Mateusz Struski, by dać odpocząć zmęczonym nogom, niemal dotykał stopami sufitu!) niewinna przejażdżka. Po trzydziestu minutach podróży byliśmy już w hotelu - co prawda nie w zarezerwowanej Arcadii tylko Atlantisie - ale zawsze. - Organizator mówi, że ten hotel jest lepszy - nie rozwodził się nad zmianą Radolsky, bo tak naprawdę dla niego liczą się zielone boiska i wartościowi sparingpartnerzy. Już w progu hotelu piłkarzy przywitał usłużny Turek, który kilka razy powtórzył "marhaba", co oznacza swojskie "dzień dobry".
Co ciekawe, witał nas jeszcze jeden gospodarz Belek - to sowa płomykówka, która tak licznie zasiedliła nadmorski kurort, że jest symbolem miasta. Sowa głośno zaskrzeczała nad naszymi głowami i odfrunęła. Trudno opisać ten dźwięk, ale polscy ornitolodzy żartobliwie określają go mianem... wrzasku kobiety mordowanej na cmentarzu.
Podczas obiadu sowy już się drużynie nie naprzykrzały, za to nad talerze przez uchylone okna zleciały się wróble. Najodważniejszy wyjadł nawet kilka ziaren ryżu z obiadu Ryszarda Kołodziejczyka, trenera bramkarzy.
Na koniec dnia trener zarządził pierwszy rozruch. W Belek ćwiczy na razie 24 piłkarzy, ale będzie więcej! W czwartek do zespołu ma dołączyć Maciej Sadlok, który na razie gra na turnieju w Katarze w barwach młodzieżowej reprezentacji Polski. Przyjedzie też Gabor Straka. W Turcji czeka już sprzęt na defensywnego pomocnika ze Słowacji, który zabukował już nawet bilet z Wiednia do Antalyi.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice