W Łodzi odbędzie się jutro pogrzeb wybitnego szkoleniowca Leszka Jezierskiego. Jedyne w trenerskiej karierze mistrzostwo Polski zdobył w 1979 roku z Ruchem Chorzów.
Pozostającego akurat bez pracy Jezierskiego wymyślił dla Ruchu ówczesny wiceprezes klubu Antoni Krawczyk. W poprzednim sezonie niebiescy utrzymali się w lidze w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Wygrali cztery ostatnie mecze sezonu, w tym ten decydujący - na wyjeździe z plasującym się w środku tabeli Widzewem Łódź. Z ekstraklasy spadły Zawisza Bydgoszcz i - po raz pierwszy w historii - Górnik Zabrze.
Jezierski pochodził z Lublina, przez wiele lat był "królem Łodzi" (pracował w Widzewie i ŁKS-ie). W środowisku mówili na niego "Napoleon", bo był niewysoki (168 cm) i zawsze nastawiony na zwyciężanie. W Chorzowie od razu zaczął świetnie dogadywać się ze Ślązakami. Zaraz nauczył się grać w skata. Karty to zawsze była jedna ze słabości Jezierskiego. Mógł sobie na nią pozwolić. Żona trenera była w Łodzi wziętym ginekologiem, więc nawet pozostając bez pracy, prowadził wystawne życie.
W Ruchu grał przede wszystkim z Krawczykiem i innym znanym działaczem Alojzym Dzielongiem. Na karty jeździł także do zaprzyjaźnionego proboszcza z Rudy Śląskiej. - Oni go nauczyli skata, ale Jezierski szybko ich zaczął ogrywać - śmieje się Jan Benigier.
Dla Benigiera, wicemistrza olimpijskiego z Montrealu, Jezierski był postacią wyjątkową. Benigier już w latach 60. grał w łódzkich klubach (Hala, Start) i z trenerem miał od początku świetne kontakty. - Traktował mnie jak syna, znał moją rodzinę. Żonie zapowiedział: "jak ci będzie podskakiwał, to zaraz do mnie dzwoń".
Gdy Benigier był już znanym piłkarzem, miał kilka razy przejść do klubów związanych z Jezierskim. - Już nawet dostałem w Łodzi książeczkę mieszkaniową. Ale wycofałem się z umowy z Widzewem, bo okazało się, że to właśnie Jezierski przyjdzie do mojego Ruchu - mówi Benigier.
"No, widzisz, nie przyszedł Mahomet do góry, to góra przyszła do Mahometa" - przywitał go Jezierski na pierwszym treningu w Chorzowie.
- Trener miał specyficzny sposób bycia. W szatni potrafił puścić taką wiązankę, że uszy więdły. Był często rubaszny, ale umiał nas zmobilizować, nawiązać kontakt. Bo to był dobry, porządny człowiek. Szanowaliśmy go też dlatego, że był w przeszłości świetnym piłkarzem, reprezentantem Polski - wspomina Edward Lorens, podstawowy piłkarz drużyny Ruchu z 1979 roku. - Pamiętam, że rozegrałem wtedy pełnych 28 meczów. Pauzowałem tylko w dwóch z powodu żółtej kartki za mecz z Zagłębiem Sosnowiec. To nie było jakieś brutalne zagranie, taki sobie faul na środku boiska. Konkurencja chciała wykosić mnie ze składu i odpowiednio zadziałała - mówi Lorens.
Ruch okazał się rewelacją sezonu 1978/79. Został mistrzem, chociaż przegrał na koniec dwa mecze: z Odrą Opole i Śląskiem Wrocław.
- Trener obiecał, że jak zrobimy mistrza, to załatwi mi wyjazd zagraniczny. Dotrzymał słowa. Pograłem jeszcze w Ruchu następny sezon, a potem wyjechałem do Belgii - przypomina Benigier, który w tamtym czasie tworzył z Albinem Mikulskim i Tadeuszem Małnowiczem najbardziej bramkostrzelny atak w lidze.
Podczas pracy w Ruchu Jezierski najpierw mieszkał w hutniczym kasynie, a potem klub wynajął mu mieszkanie w Chorzowie Batorym. Lubił przyjmować gości.
Dbał też - wspólnie ze swoim wieloletnim asystentem Jackiem Machcińskim - o atmosferę w drużynie. - Jak jeździliśmy na zgrupowania, wymyślali różne zabawy. Graliśmy na przykład w marynarza i ten, na kogo wypadło, musiał wszystkim stawiać lody w Horteksie - pamięta Lorens.
W sezonie 1979/80 broniący tytułu niebiescy zajęli dopiero 11. miejsce. W następnym znów wiodło im się przeciętnie i po rundzie jesiennej Jezierski zrezygnował z pracy na Cichej. Dlaczego Ruch obniżył loty?
- W sezonie, który dał nam mistrzostwo, wykonaliśmy ogromną pracę i to potem wyszło. Część zawodników straciła formę, niektórzy po prostu się wypalili. Łapały nas też kontuzje i choroby. Ja w następnym sezonie długo pauzowałem, bo zachorowałem na żółtaczkę - tłumaczy Lorens.
Jezierski prowadził potem jeszcze kilka klubów, ale nigdzie nie powtórzył sukcesu z Chorzowa. 12 stycznia zmarł na atak serca. Miał 78 lat.
Na pogrzeb wybiera się dziś do Łodzi delegacja chorzowskiego klubu. Także dawni podopieczni Jezierskiego z Ruchu umówili się na wyjazd: Lorens, Benigier, Henryk Dusza, Albin Mikulski, Albin Wira...
- To był człowiek z charyzmą. Chylę przed nim czoła - mówi o zmarłym szkoleniowcu Benigier.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice