- Liczyłem na to, że zimą dołączy do nas dwóch aktualnych reprezentantów Polski. Oferowaliśmy im naprawdę dobre pieniądze, ale to ich nie przekonało - mówi właściciel i sponsor Ruchu Chorzów. To właśnie Mariusz Klimek odpowiada za pion sportowy niebieskiej spółki, więc po ostatnich meczach nie ma wielu powodów do radości. - Piłkarze obrywają od kibiców, a ja od innych udziałowców. Ale to się zmieni - przekonuje.
Co Pana zdaniem decyduje o tym, że Ruch nie wygrywa w lidze?
Mariusz Klimek: - Po dobrym starcie rozgrywek wydawało mi się, że będziemy grać lepiej. Myślałem, że piłkarze się zgrają, oswoją się z ekstraklasą. Na początku graliśmy dobre mecze - nasi rywale to była mieszanka doświadczonych ligowców z beniaminkami. Doskonała okazja do nauki. I wydawało się, że odrobiliśmy tę lekcję. Niestety, im głębiej w las, tym problemy były coraz większe. Mylimy się w pomocy, mylimy się w obronie... Mylimy się regularnie, a przeciwnicy bezlitośnie to wykorzystują. Tymczasem sami prezentów rywali wykorzystać już nie potrafimy.
Moim zdaniem piłkarze Ruchu nie potrafią sobie radzić z presją. Im bardziej potrzebują punktów, tym słabiej się prezentują.
- Wie pan, jaka jest różnica między pierwszym i pięćdziesiątym tenisistą rankingu ATP? W umiejętnościach znikoma. Po korcie biegają tak samo, tak samo mocno potrafią zaserwować piłkę. Różnice widać jednak jak na dłoni, gdy trzeba skończyć decydującą piłkę. Wtedy pojawia się problem, bo temu 50. trzęsą się nogi. My jesteśmy jak ten tenisista z końca stawki.
Mam wrażenie, że kilka punktów uciekło Ruchowi przez zwykłą nonszalancję.
- Też tak myślę. Niestety, naszym piłkarzom zdarza się, że grają bez głowy. Na chwilę zapominają, że są na boisku, w konsekwencji spóźniają się o ułamek sekundy i na koniec drużyna traci gola. Już nie chcę oglądać nieodpowiedzialnych piłkarzy, którzy odpuszczają rywala w środku pola, wierząc, że ich słabości naprawią koledzy z obrony. Nie mam nic przeciwko zawodnikom, którzy popełniają błędy. Jednak nie zamierzam tolerować tych, którzy ze swoich pomyłek nie potrafią wyciągać wniosków.
Wszyscy widzą, że Ruch potrzebuje konkretnych wzmocnień. Jakich argumentów musi Pan użyć, by pozyskać wartościowych piłkarzy?
- I tu jest problem. Nasz zespół jest w trakcie budowy, a to niestety wielu zawodnikom daje do myślenia... Szczególnie tym, którzy chcą grać o najwyższe cele. Liczyłem na to, że zimą dołączy do nas dwóch aktualnych reprezentantów Polski. Nie, nie chodziło o Milę i Bieniuka, ale mniejsza o nazwiska... Oferowaliśmy im naprawdę dobre pieniądze, ale to ich nie przekonało. Mimo wszystko wierzę, że będziemy mieć wiosną naprawdę ciekawy zespół. Musimy pozyskać trzech, czterech konkretnych piłkarzy. Młodych, ale też i weteranów. Takich, którzy uporządkują naszą grę, dograją piłkę z rzutu wolnego czy rogu. Pamięta pan mecz z ŁKS-em? Mieliśmy 15 rzutów rożnych, a piłka ani razu nie spadła tam gdzie trzeba. Przecież to był istny Monty Python!
Myśli Pan, że powrót Piotra Ćwielonga z Wisły Kraków jest możliwy?
- Chcemy go wypożyczyć. Wiem, że to nie jest pomysł na budowę drużyny, ale my potrzebujemy piłkarzy na już, na tę chwilę. Tak, by wiosną nie martwić się do ostatniej kolejki o utrzymanie w lidze. Zresztą takiego rozwiązania w ogóle nie zakładam! Zanim Piotrek odszedł do Wisły, mówiłem mu, że "ta zupa jest niedobra". On jednak chciał jej koniecznie posmakować. Piłkarzom wydaje się, że podpisując kontrakt z takimi klubami jak Wisła, łapią Boga za nogi, tymczasem tak naprawdę grzebią się żywcem. Gdzie będzie Piotr Ćwielong za dwa lata? Ile zostanie ze świetnie zapowiadającej się kariery?
Piotrek musi sobie teraz zadać pytanie. Czy lepiej zarabiać dobre pieniądze i grać w czwartoligowych rezerwach Wisły czy może wrócić do Chorzowa, gdzie za mniejsze pieniądze dostanie regularną szansę gry z najlepszymi drużynami w Polsce.
Po przegranym spotkaniu z Groclinem kibice obrażali Duszana Radolskiego. Czy trener ma w Panu wsparcie?
- Oczywiście. Nie zmienię trenera, nie ma takiej opcji! To jest rozwiązanie na jeden, dwa mecze. Nie wierzę w czarodziejów, którzy odmienią zespół z dnia na dzień. Czy Widzew, ŁKS czy Zagłębie zaczęły grać lepiej po zmianie szkoleniowców? Dlatego zmienię zespół, a nie trenera. Zmiana pokoleniowa już się powoli dokonuje. Cieszę się, że trener odważnie stawia na młodych. Pewnie, że Maciej Sadlok czy Jovan Ninković popełniają jeszcze błędy, ale to zaprocentuje w przyszłości.
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice