Co się stało z drużyną Ruchu Chorzów, która na początku rozgrywek zewsząd zbierała pochwały za ofensywną i ciekawą grę?
Sezon zaczął się jak marzenie. Efektowne zwycięstwo w Grodzisku (4:1) sprawiło, że jeden z kibiców, którego wtedy spotkałem na Cichej, rozmarzył się i stwierdził, że może powtórzy się rok 1989 i niebiescy zaraz po awansie do ekstraklasy znowu sięgną po mistrzostwo.
Tymczasem wygrana w Grodzisku to był w dużej mierze przypadek, który w kolejnych spotkaniach potwierdził regułę, że Ruchu nie stać na zwycięstwa z drużynami z tej półki. Niebiescy wygrali potem już tylko dwa mecze - oba z beniaminkami z Bytomia i Sosnowca.
Mimo wszystko latem Ruch grał ciekawą piłkę. W meczach z Górnikiem Zabrze, Cracovią i Koroną Kielce chorzowianie nie zdobyli punktów tylko przez pomyłki sędziów. Moim zdaniem to właśnie te spotkania zadecydowały o tym, że druga część sezonu była już dużo słabsza. Trener Duszan Radolsky to przewidział. Gdy po każdej kolejce mówiono, że Ruch gra najlepszą piłkę spośród beniaminków, on martwił się, że bez punktów zda się to na nic, a presja w końcu poplącze nogi jego piłkarzom.
Prawdopodobnie ostatnim meczem, przed którym chorzowscy piłkarze nie przejmowali się zbytnio pozycją w tabeli ekstraklasy, było spotkanie z Lechem Poznań. Ruch przegrał jednak na Bułgarskiej aż 2:6, a do zawodników pewnie dotarło, że ciułanie punktów jest jednak cenniejsze niż noty za styl.
Niestety, wraz z nastaniem ery ciułania obnażyły się wszystkie słabości Ruchu, które do tej pory skrywały entuzjazm i radość z samej gry z najlepszymi. Te słabości to przede wszystkim brak klasowego rozgrywającego. Piłkarza, który wyznaczy rytm akcji, niekonwencjonalnym zagraniem rozstrzygnie o losach meczu czy wreszcie dokładnie dogra piłkę z rzutu wolnego czy rogu. W ostatnim meczu z Groclinem ten ciężar spoczywał na młodziutkim Macieju Sadloku, a jak z presją ma sobie poradzić 18-latek, skoro wokół zawodzą nawet i dwukrotnie starsi koledzy?
Kolejny problem to obrońcy. Można o nich napisać wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że są bezbłędni. To, co w drugiej lidze często uchodziło im bezkarnie (błędy w ustawieniu, nienadążanie za akcją), teraz jest bezlitośnie punktowane przez znacznie lepszych piłkarzy.
Najmniejsze pretensje można mieć do napastników, chociaż ich samych pewnie boli, że najskuteczniejszym zawodnikiem Ruchu jest pomocnik Wojciech Grzyb (sześć goli).
Efekt jest taki, że na zwycięstwo Ruchu nad solidnym ligowcem musi się złożyć kilka trudnych do przewidzenia przyczyn. W pierwszym meczu w Grodzisku była to choroba rywala i pewnie też efekt zaskoczenia. W rewanżu mogły nimi być błędy bramkarza z Grodziska. Wystarczyłoby przecież, żeby Grzyb lepiej przymierzył z siedmiu metrów, a ten tekst by nie powstał...
Na koniec o wzmocnieniach, bo bez tych nie ma szans, by Ruch zagrał wiosną na miarę oczekiwań kibiców. Zespół na pewno zyskałby na wypożyczeniu z Wisły Piotra Ćwielonga i powrocie ze Śląska Przemysława Łudzińskiego. Takiej pewności już nie ma, jeżeli doszłoby do powrotów na Cichą Roberta Górskiego (ostatnio Wisła Płock), Tomasza Balula (Ripo Mińsk) czy Arkadiusza Bąka (Lech). Trudno sądzić, że Ruch znajdzie pieniądze na tej klasy piłkarzy, co Sebastian Mila, Jarosław Bieniuk czy Damian Gorawski, bo o takich nazwiskach też plotkowano na Cichej. Na razie trzeba się jednak skupić na wychowaniu tej klasy piłkarzy. Może będą nimi młodzi Daniel Feruga i Marcin Sobczak z Gwarka Zabrze?
źródło: Gazeta Wyborcza Katowice