Remigiusz Jezierski zaciął się na czterech golach. - Nie podpalałem się na początku sezonu, kiedy piłka wpadała do siatki, więc teraz się nie załamuję – zapewnia.
Gola strzelił już w debiucie, ale uznanie w oczach kibiców "Niebieskich" zdobył dopiero na starcie aktualnego sezonu. Duszan Radolsky zacierał ręce, bo wydawało się, że wysoki Martin Fabusz stworzy bardzo groźny duet napastników z niższym Remigiuszem Jezierskim. Drugi z wymienionych doznał co prawda urazu barku w drugiej kolejce, ale szybko wrócił na boisko i znów strzelał. - Obojczyk odzywa się już tylko przy zmianach pogody. Nie podpalałem się na początku sezonu, kiedy piłka wpadała do siatki, bo wiedziałem, że mogę się też i zaciąć. No i tak się niestety stało. Piłka ostatnio nie chce wpaść do siatki - wzdycha "Jezier".
Szybko zapomina pan o zmarnowanych okazjach?
Remigiusz Jezierski: - Nie gram w piłkę od wczoraj. Zdaję sobie sprawę, że nie można wykorzystać wszystkich sytuacji, bo taki jest po prostu futbol. Z Legią miałem jedną wyborną szansę. Uderzyłem całkiem poprawnie, lecz bramkarz poszedł na wyczucie... Każdy popełnia błędy. Koledzy podchodzą do tematu spokojnie. Nie karzą wrzucać pieniędzy do naszej skarbonki za te zmarnowane "setki".
Duszan Radolsky po ostatnich meczach narzekał na pana skuteczność, ale z drugiej strony nadal na pana stawia.
- Doceniam to zaufanie. Mamy dobre relacje z trenerem, chcemy dla niego grać i właśnie dla niego osiągać dobre wyniki. Jest mi przykro, że nie strzelam, ale z drugiej strony uważam, że moja nieskuteczność nie jest wcale taka karygodna.
Najwyżej siedem bramek w barwach Śląską Wrocław, osiem w izraelskim Hapoel Beer-Sheva. Dlaczego nigdy dotąd nie dobił pan do granicy dziesięciu goli w sezonie?
- Zastanawiałem się nad tym. Zawsze notowałem sporo asyst, co mówi o profilu mojej gry. Nie jestem typem strzelca, który czeka na piłkę na szpicy. Lubię brać ciężar gry przy rozegraniu. Pocieszam się tym, że dochodzę do tych sytuacji, że potrafię sobie je wypracować. No i co tu ukrywać, gdy się biegnie z piłką przez 20-30 metrów, szczególnie po naszym grząskim boisku, to bywa, że brakuje sił i koncentracji, żeby postawić kropkę nad "i".
Jest pan człowiekiem przesądnym?
- Nie, a jeśli zmierza pan do tematu koloru butów, to ich zmiana była po prostu żartem.
Może trzeba wrócić do tej pary, którą strzelał pan gole na początku sezonu?
- Niestety, aura się zmienia i zanosi się na to, że w sobotę zagram w zupełnie nowym obuwiu, który miałem dotąd dwa razy na nogach. Tym razem zmiana jest wymuszona, bo wynika ze stanu boiska. Zagram we wkrętach, które mają dłuższe kroki, ale są za to twardsze i gorzej się w nich czuje piłkę.
źródło: Sport